Różnice kulturowe

Zuzanna – zmęczona po ciężkim dniu pracy – marzy, żeby tylko wrócić do domu, wziąć prysznic, zjeść coś na szybko i włączyć telewizor, aby zapomnieć o wszystkim i odciąć się od natrętnej myśli, że ta nowo zatrudniona koleżanka – niezwykle atrakcyjna – wygryzie ją z miejsca, które tak naprawdę stworzyła. Siedem lat wyrzeczeń. I przez jakąś niedoświadczoną dziewczynę może to wszystko stracić. Zuzanna stoi już przed swoimi drzwiami, szukając po omacku kluczy i patrzy na pełną skrzynkę pocztową. Waha się, czy zawracać sobie głowę tym co w niej znajdzie. Najbardziej nie znosi awizo i nie chce sobie jeszcze bardziej psuć humoru. Ale jednak sięga po maleńki kluczyk. Jest tak źle, że nawet pismo z Urzędu Skarbowego nic nie zmieni. Jak zwykle wyjmuje plik reklam, z ulgą zauważa, że nie ma żadnego powiadomienia o przesyłce poleconej, ale za to jest list zaadresowany odręcznym pismem na jej nazwisko, a w miejscu nadawcy dostrzega tylko inicjały i adres. Nie wyglądają znajomo.

Bez zastanowienia otwiera kopertę, wyjmuje z niej kilka biletów lotniczych, programy, mapki, jakąś trasę. Zuzanna weszła do przedpokoju, usiadła i zaczęła całą zawartość koperty dokładnie przeglądać i analizować. Wszystko wyglądało na precyzyjnie zaplanowaną podróż i w dodatku na jej nazwisko. Wśród komputerowych wydruków potwierdzających trasę, przeloty i hotele – tylko jedna mała biała karteczka z życzeniami: „Miłej podróży, może się gdzieś po drodze spotkamy!”. I te same inicjały. To samo pismo, co na kopercie. W głowie Zuzanny kołatała się myśl: „Co to ma znaczyć?”.

Weszła do internetu, posprawdzała telefonicznie przeloty i potwierdzenia. Wszystko się zgadzało. Jedyna niewiadoma, to nadawca. Podany adres w ogóle nie istnieje. Ale czy to ma jakieś znaczenie? Przecież dziesięć minut temu ten adres też dla niej nie istniał. Zuzannie zrobiło się gorąco. Wyglądało to na jakieś szaleństwo. Sięgnęła jeszcze raz po program, żeby sprawdzić, gdzie i kiedy zaczyna się trasa. Pierwszy lot, Warszawa – Waszyngton, już pojutrze o godzinie wpół do ósmej. Całe szczęście wizę do Stanów miała jeszcze aktualną. Jakoś dziwnie wszystkie myśli zaczęły biec w kierunku przygotowań do wyjazdu, a nie wokół decyzji, czy w ogóle skorzystać z takiej okazji.

Minęły dwa dni. Zuzanna wysiada na lotnisku międzynarodowym w Waszyngtonie. Po wszystkich formalnościach granicznych zauważyła, że elgancko ubrany czarnoskóry mężczyzna trzyma w dłoniach odzianych w białe rękawiczki tabliczkę z jej nazwiskiem. Dr Irena Kamińska-Radomska The Protocol School of Poland www.protocol.pl …różnorodność inspiruje Zuzanna nieśmiało podeszła, przywitała się i odpowiedziała na kurtuazyjne pytania o podróż. Mężczyzna okazał się kierowcą limuzyny hotelowej. W dzisięć minut Zuzanna była już w hotelu Ritz Carlton przy Tysons Corner. W jej pokoju na biurku stały świeże kwiaty, a o wazon oparta była koperta. Tym razem w kopercie znalazła zaproszenie na zajęcia w najlepszej na świecie szkole protokołu dyplomatycznego. Pierwsze seminarium już nazajutrz. Przed zajęciami, w hallu na zewnątrz sali konferencyjnej właścicielka szkoły, Dorothea Johnson, witała się z Zuzanną i innymi gośćmi ciepłym serdecznym uściskiem dłoni. Przed drzwiami stał orszak kelnerów. Dorothea tak samo przywitała się z nimi. W oczekiwaniu na rozpoczęcie goście częstują się harbatką podaną w starej porcelanie, poznają się nawzajem, prowadzą rozmowy. W tle słychać cichutką muzykę Mozarta. Precyzyjnie o godzinie dziewiątej otwierają się drzwi do sali konferencynej i Dorothea Johnson zaprasza wszystkich do środka. Stoliki dla uczestników pokryte są śnieżnobiałym płótnem, przy każdym miejscu równo ułożone są winietki z nazwiskami, oszronione dzbany z wodą i kryształowe goblety. Na jednym za stołów Zuzanna dostrzegła swoje nazwisko. Poczuła się jak w domu, jak królewna w domu. Mijają dni wypełnione różnorodnymi formami zajęć. Wszystko niezwykle interesujące, ale ponad to zajęcia z różnic kulturowych, których Zuzanna miała doświadczyć w całej swej niezwykłej podróży. Czy taka historia z punktu widzenia różnic kulturowych jest możliwa? Spójrzmy na szczegóły, począwszy od momentu, kiedy mowa o obawach Zuzanny, dotyczących zagrożenia ze strony nowej koleżanki. W kulturze męskiej (według Geerta Hofstede „mascu”), jaką reprezentuje Polska, Japonia, Rosja czy Niemcy, takie obawy są uzasadnione. W tej kulturze, wyraźnie rozgraniczającej rolę męską od kobiecej, od kobiet podświadomie bardziej oczekuje się atrakcyjności niż kompetencji, które są domeną męską. W kulturach skrajnie męskich wręcz oczekuje się od kobiet zachowania, które znamionowałoby uniżoność i niekompetencję. Kobiety w Japonii, aby przypodobać się mężczyźnie niejednokrotnie zmieniają nawet swój głos na wyższy, piskliwy, niemal dziecięcy, wyrażający niedojrzałość i podporządkowanie. Mimo że w kulturach narodowych zachodzą pewne zmiany, następują one niezwykle powoli. Zauważalne są dopiero po upływie kilku pokoleń. Zakładając więc, że Zuzanna to Polka, to niestety, mogła się bać o swoje stanowisko. Ciekawa z punktu widzenia różnic kulturowych jest też chwila, kiedy Zuzanna podchodzi do drzwi swojego domu po ciężkim dniu pracy. Nie ma ochoty zaglądać do skrzynki pocztowej, ale

przełamuje się, ponieważ woli się dowiedzieć, co skrzynka zawiera, niż tkwić w niepewności. Takie działanie jest bardzo charakterystyczne dla kultury unikającej niepewności, jaką reprezentuje na przykład Polska czy jeszcze bardziej ekstremalne pod tym względem Niemcy. W obrębie tej kultury lepiej znać przykrą prawdę, niż żyć w niepewności. Ważne są zasady, procedury, normy, wszystko powinno być wiadome, oczywiste i pewne. Przedtawiciele tej kultury nie lubią obcych, nie znoszą inności, niespodzianek, nieporządku. Niewiadome jest automatycznie podejrzane. Dlatego też Zuzanna zajrzała do skrzynki, z tego też powodu odczuła ulgę, gdy nie znalazła w niej awizo.

Niezwykle ciekawe z punktu widzenia Polaków są kultury, które tolerują niepewność. Takie są Stany Zjednoczone, Chiny czy kraje skandynawskie. Nie jest wielkim problemem dla Chińczyka zjeść podejrzanie wyglądającą potrawę, wystarczy, że będzie zapewnienie ze strony bliskiego znajomego. Szwedka natomiast nie będzie miała oporu przed rozmową z odrażająco wyglądającym żebrakiem; w razie potrzeby przeprowadzi go przez ulicę, co nas raczej napawa zgrozą i obawą przed zarażeniem się jakąś chorobą. Ale spójrzmy na dalszy bieg historii. Po przejrzeniu zawartości niezwykłej koperty Zuzanna sprawdza w internecie i poprzez rozmowy telefoniczne prawdziwość dokumentów. Działanie to również świadczy o zachowaniu zgodnym z kulturą unikającą niepewności. Przedstawiciel takiej właśnie kultury doda jeszcze, że to nie kwestia kulturowa lecz kwestia zdrowego rozsądku. Jednak niespójna jest w opowiadaniu, a przez to nieprawdziwa i mało prawdopodobna w przypadku tego samego bohatera czy bohaterki – decyzja o wyjeździe. Pozytywnej reakcji można by się spodziewać od osób reprezentujących drugą skrajność: kulturę o dużej tolerancji niepewności. Czyli ten fragment mógłby być prawdopodobny, gdyby bohaterką była Amerykanka, Chinka czy Szwedka, ale nie Polka, która odebrałaby taki tajemniczy prezent raczej jako niebezpieczeństwo i zagrożenie życia. Każdy znajomy wybiłby Zuzannie taki pomysł z głowy.

Z punktu widzenia różnic kulturowych warto też zwrócić uwagę na punktualność kierowcy oraz rozpoczęcie seminariów o czasie. Jest to szczegół spójny kulturowo z miejscem wydarzeń – z Waszyngtonem. Dla Amerykanów czas to pieniądz. Kulturowo inni pod tym względem Polacy uważają, że Amerykanie, Szwajcarzy czy Niemcy są niemalże obsesyjni na tym punkcie. W USA spóźnienie nawet jednominutowe – to spóźnienie, a dla Niemców nawet precyzyjne przybycie na czas uważane jest za afront, ponieważ odbierane jest jako przybycie na ostatnią chwilę. Polacy ze swym stosunkiem do punktualności nie są skrajni. Na przeciwległym pod tym względem biegunie będą Arabowie, Azjaci (z wyjątkiem Japonii, która dostosowała się w tym przypadku do USA). Arabski kontrahent potrafi się spóźnić nawet kilka godzin i nie będzie uważał, że coś jest nie tak i bynajmniej nie przejdzie od razu „do rzeczy”. Lwia część spotkania upłynie na miłej pogawędce, przerywanej częstokroć przez gospodarza, który w tym czasie będzie zajęty jeszcze kilkoma innymi sprawami, niekoniecznie zaplanowanymi i związanymi ze sprawą przybyłych. Najgorzej w takim momencie okazać zniecierpliwienie. Będzie to odebrane jako niewątpliwy afront. Luźny stosunek do czasu nie ma nic wspólnego z lekceważeniem gościa. Jest to tylko inne podejście do kwestii czasu. Do tego stopnia różne od naszego, że jeśli zostaniemy zaproszeni na przykład na obiad do arabskiego domu, to nie wypada zapytać, na którą mamy przyjść. Świadczyłoby to o większym zainteresowaniu jedzeniem niż gospodarzem. Podobnie będzie w krajach Ameryki Łacińskiej. Jeśli tam planujemy współpracę, pierwszy wyjazd lepiej zarezerwować wyłącznie na towarzyskie spotkania.

W historii Zuzanny warto przyjrzeć się jeszcze zachowaniu właścicielki The Protocol School of Washington, pani Johnson, która witała się przez uścisk dłoni zarówno z gośćmi, jak i z kelnerami zatrudnionymi przy obsłudze seminarium. Z punktu widzenia różnic kulturowych dla nas ten fragment może wydawać się dziwny, ponieważ Polska reprezentuje kulturę hierarchiczną, w odróżnieniu od bardziej egalitarnych Stanów Zjednoczonych. Jak się okazuje, znajomość różnic kulturowych może spowodować zupełnie nowe spojrzenie nawet na zwykłe opowiadanie. Zaczynamy dostrzegać szczegóły i widzimy je pod innym kątem. Skoro wiedza z zakresu różnic kulturowych tak poszerza perspektywę obserwowanej rzeczywistości, to może warto zagłębić się w tę dziedzinę w dobie rozwijających się stosunków międzynarodowych. Te informacje przydają się wszędzie. Też na wakacjach. Po to, żeby dostrzegać więcej ciekawych szczegółów z życia innych kultur, i po to – aby lepiej poznawać siebie. Ta wiedza to duży wkład do osobistego rozwoju.

A jak się kończy historia Zuzanny? Cała podróż była testem: przełożona chciała sprawdzić, jak Zuzanna przyjmuje wyzwania. I dzięki takiej właśnie decyzji, jaką podjęła, a przy okazji dzięki zdobytej wiedzy, Zuzanna otrzymała awans na stanowisko dyrektora do spraw międzynarodowego rozwoju firmy.

Oaza dobrobytu

Można tu jeść największe azjatyckie homary, wklepywać w siebie drobinki złota, pływać luksusowymi łodziami, grać w golfa w elitarnym klubie i mieszkać w eleganckich hotelach, do których nie prowadzi żadna droga. Legenda głosi, że Kerala – najdalej na południe wysunięty stan Indii, powstała dzięki bohaterskiemu Paraśuramie, który – rzucając toporem w morze – wyłowił ten skrawek ziemi. Później, za sprawą kupców, kolonizatorów i misjonarzy, pojawili się nowi bogowie.

Kerala stanowi wielobarwną mieszankę kulturowo-religijną, na szczęście niewybuchową. Świątynie hinduizmu sąsiadują z meczetami i kościołami chrześcijańskimi, a między nimi połyskują reklamy najnowszych hitów Bollywood, plakaty zachęcające do ograniczenia klaksonów (ewenement w Indiach) oraz powiewają flagi z sierpem i młotem. Komuniści mają tu silną pozycję. Wielu twierdzi, że dzięki nim Keralczycy żyją statystycznie najzdrowiej, najdłużej i mają największy stopień alfabetyzacji w kraju. Oponenci głoszą, że to zasługa kościołów chrześcijańskich i ich szkół, zdrowych tradycji żywieniowych, sztuki walki kalaripayattu i systemu medycznego ajurwedy, które tu właśnie, w Kerali, mają swe źródła. Jak zwał, tak zwał – w Kerali żyje się lepiej niż w innych regionach Indii. A jak pięknie!

Najwspanialsze są poranki, gdy mleczne obłoki przeciskają się między niebosiężnymi łańcuchami Ghatów Zachodnich i wchłaniają w siebie pierwsze promienie słoneczne. Te nie dają za wygraną i po chwili oświetlają soczystą zieleń, wartkie rzeki, wodospady, przepaście, strome zbocza i łagodne doliny z poletkami bananowców, przypraw wszelakich, z polami ryżowymi, w których jak w zwierciadle odbijają się palmy kokosowe.

Najefektowniej wyglądają plantacje herbaty, przypominają zielone miękkie kobierce rozłożone hen daleko do nieba. Zbieraczki wrzucają listki herbaty do worków jutowych przewieszonych przez ramię. W pobliżu znajduje się kilka starych fabryczek, w których można podpatrzeć jak suszą się listki, fermentują, jak są dzielone na gatunki, pakowane, a potem wypada zasiąść w herbaciarni i skosztować smak najwyżej na świecie uprawianej herbaty. Takich miejsc najwięcej jest w okolicach Munnar – górskiego zagłębia hotelowego. Warto wybrać nocleg w jakiejś klimatycznej, niegdysiejszej rezydencji plantatorskiej. Taką jest High Range Club, gdzie gra się w bilard, w golfa, celebruje five o’clock, a do kolacji zasiada w smokingu lub marynarce (do wypożyczenia na miejscu), w klubie (z trofeami myśliwskimi) dżentelmeni palą najlepsze cygara i popijają szkocką whisky.

Mniej oficjalna atmosfera panuje w górskiej posiadłości (tysiąc sześćset metrów nad poziomem morza) Windermere Estate. Duże i gustowne bungalowy z solidnego drewna Autor: Alina Woźniak …kraj kontrastów i kamienia mają ogromne okna i werandy z widokiem na góry. W ogrodzie rosną kwiaty, bananowce, cedry i ogromna cinchona (jej kora zawiera chininę), a dalej rozciąga się plantacja kardamonu.

Goście wędrują po górach i wzdłuż rzeki, urządzają pikniki nad wodospadem, odwiedzają las sandałowy z prehistorycznymi malunkami skalnymi i Park Narodowy Eravikulam, gdzie przy odrobinie szczęścia, można zobaczyć stada kóz nilgiri tahr.

Najmilej wspominam nocleg w rezydencji Paradisa Plantation Retreat. Serpentynowa droga jest kiepska, wyboista i podmokła, dlatego goście dowożeni są dżipem, a później nie dowierzają własnym oczom, że z dala od cywilizacji, w środku dżungli może istnieć prawdziwy raj. W jego skład wchodzą ogromne i komfortowe pawilony z najszlachetniejszych drzew (tylko z odzysku), basen, panoramiczna restauracja z granitowymi kolumnami, dziedzińce, patia, kawiarnia, taras (gdzie odbywają się kursy jogi) z widokiem na góry, plantacje kawy, kardamonu i pieprzu.

Rozległe plantacje ciągną się także w zachodniej części Kerali. W powietrzu unosi się zapach imbiru, gałki muszkatołowej, wanilii i kardamonu a do tego delikatna bryza znad Morza Arabskiego. Sari hinduskich kobiet mienią się kolorami.

Nadmorskie prowincje usiane są systemem ponad czterdziestu rzek i kilku jezior połączonych kanałami. To backwaters – dobrodziejstwo dla okolicznych mieszkańców, którzy łowią tu liczne gatunki ryb, langusty, kraby, małże oraz pożądane przez luksusowe restauracje w Indiach, Malezji i Singapurze – ogromne homary.

Jak wygląda życie na wodzie i wokół niej, można przekonać się podczas rejsu kettuvallam. To nazwa barek transportowych budowanych z desek, które łączono ze sobą żywicą orzechowca, owijano włóknem kokosowym i listewkami bambusowymi. Dziś pełnią funkcję pływających luksusowych hoteli. Wyposażone są w generator prądu, jedną lub dwie klimatyzowane sypialnie, łazienkę, zadaszoną werandę na kadłubie, sofy, stoliczki, lornetki, książki. Takich kameralnych barek pływa po rozlewiskach wiele, każda przeznaczona jest tylko dla kilku osób i to znających się. Idealna propozycja na romantyczną podróż we dwoje lub w gronie przyjaciół. Pasażerom towarzyszą trzy osoby obsługi: motorniczy, porządkowy i kucharz, który przygotowuje dania zgodnie z życzeniem pasażerów. Specjalnością backwaters są grillowane ryby karimeny (najdroższe i najbardziej cenione) z warzywami w sosie kokosowo-imbirowym, do tego podpłomyki i herbata z masalą.

Pływając w tych oryginalnych barkach ma się okazję by oglądać malownicze

rozlewiska otoczone gajami palmowymi, poletkami przypraw i wysepkami, można obserwować pracę rybaków na słynnych chena vala (chińskie sieci), słuchać świergotu ptaków (jest ich tu ponad pięćdziesiąt gatunków) albo… keralskiej muzyki z pokładowego odtwarzacza CD.

Do wnętrza wsi można dostać się tylko kajakiem lub łódką, bo barka nie wciśnie się tu, a niewielki środek wodnego transportu spokojnie manewruje po kanałach, wpływa pod mostki i omija unoszące się na wodzie kobierce hiacyntów. Życie wydaje się płynąć (sic!) spokojnie i beztrosko, jego rytm dyktuje woda: rybacy łowią albo naprawiają sieci, kobiety myją gary, piorą na kamieniach (używając łupinek orzechowych – ostatnio robią one ekologiczną karierę w Europie), dzieci radośnie się pluskają, sąsiedzi z przeciwległych brzegów podpływają do siebie tratwami, wpław albo korzystają z „water taxi”. Przy większej wodzie widać barki kettuvallam z pozdrawiającymi się turystami. Wielu z nich to zamożni nowożeńcy z upalnej północy kraju. W Kerali jest nieco chłodniej, bardziej zielono, spokojniej i czyściej. W zielonych nadrzecznych oazach położone są hotele, których standard i poziom usług spełnia oczekiwania nawet najwybredniejszych gości. Coconut Lagoon to resort, do którego można dostać się tylko łodzią lub jachtem. Malownicze chaty kryte liśćmi palmowymi, schowane wśród drzew, cudownie harmonizują z wodami jeziora Vembanad i bujną roślinnością tropiku. Budynki recepcji i restauracji mają otwarte dziedzińce, piękne dekoracje i liczą sobie dwieście lat! Niewiele młodsze są drewniane wille wsparte na kolumnach. Luksusowy hotel z duszą, uhonorowany nagrodami za poszanowanie natury (recykling, segregacja, baterie słoneczne, zatrudnianie lokalnych rzemieślników, żywność organiczna, własne poletka, a nawet przyhotelowa hodowla rzadkiej rasy krów vechoor). Mieszkają tu koneserzy nietuzinkowych wnętrz, artyści (plenery malarskie), a także… motyle (w pobliżu jest ich rezerwat) i ptaki. Wielbicieli elegancji zadowoli Radisson Plaza Resort – hotel pełen egzotycznej roślinności, posągów bóstw hinduskich, z ogrodem medytacji na wysepce, najbardziej luksusowym SPA w okolicy, basenem zasilanym wodą z trąb słoni… kamiennych rzecz jasna. Tuż przy brzegu jeziora i nad kanałem stoją urocze wille z własnymi basenami. Łazienki mają część wewnętrzną i zewnętrzną bez dachu. Prysznic pod rozgwieżdżonym niebem, w otoczeniu roślin, kwiatów i dekoracji kamiennych, to prawdziwa przyjemność. Wiele wyjątkowych resortów znajduje się w prowincji Alappuzha położonej poniżej poziomu morza, nazywanej indyjską Wenecją. To kwintesencja Kerali: jezioro, rzeki, kanały poprzecinane mostkami, malownicze osady rybackie, stare świątynie, nadmorska plaża, a w gąszczu zieleni, której odcieni nikt nie zliczy – kameralne ekskluzywne hotele i zabytkowe rezydencje.

Niemal jak maharadża można poczuć się w posiadłościach otaczających rezerwat przyrody Periyar. Żyją tu tygrysy, słonie, bizony, jelenie. Najwygodniej i najbezpieczniej podziwiać rezerwat z pokładu stateczków, które opływają jezioro. Jego nieregularne kształty, urokliwe zatoczki, bujna roślinność, wszechobecne motyle i ptaki powodują, że to przyjemna wycieczka, nawet jeśli słonie ukryją się w zaroślach, a przy wodopoju zobaczymy tylko dzikie świnie. Przyrodę rezerwatu można obserwować z wysepki na środku jeziora, z tarasu ekskluzywnego hotelu, który niegdyś był letnim pałacem królewskim.

Po królewsku można również wypoczywać na sześćsetkilometrowym wybrzeżu, które zachwyca wieloma formami: dzikich, skalistych, z groźnie wyglądającymi klifami, romantycznych zatoczek, dziewiczych plażyczek wciśniętych między wzgórza albo rozległych plaż z mięciutkim jak mąka piaskiem i sięgającymi horyzontu gajami smukłych palm kokosowych.

Turystyczną mekką jest Kovalam z tętniącym życiem centrum, deptakiem pełnym sklepików i knajpek oraz hotelami o każdym standardzie. W czołówce najlepszych jest niewątpliwie The Leela Kempinski Kovalam Beach zaprojektowany przez „guru luksusu” – Carla Ettenspergera. Składa się z jasnych budynków, połączonych ukwieconymi ścieżkami na malowniczym palmowym wzgórzu, u stóp piaszczystej plaży.

Wszystko jest tu perfekcyjne – od panoramicznej recepcji po czarę z płatkami lotosu, od eleganckich strojów obsługi po porcelanowe misy z owocami w pokoju i perłowe mydelniczki wykonane na zamówienie. Najelegantszą część hotelu – Club, wzniesiono na skale. To apartamenty, które wyglądają jakby kaskadowo pochylały się nad wzgórzem, upodabniając się do otaczającego krajobrazu. Sztuczna rzeczka z podświetlanymi fontannami prowadzi do ekskluzywnego SPA, którego chlubą są zabiegi odżywcze z dodatkiem drobinek złota.

Najwspanialszym jednak ukojeniem dla duszy i ciała są terapie ajurwedy. To starohinduski system medycyny holistycznej, który narodził się na południu Indii pięć tysięcy lat temu, zakłada równowagę między ciałem, umysłem i duszą. W sanskrycie oznacza mądrość życia (ayur – życie, weda – wiedza). Tutejsze hotele i kliniki z ajurwedą należą do najlepszych w kraju, korzystają z organicznych upraw ziół i przypraw, stosują niezmienne od setek lat metody przygotowania leczniczo-relaksujących olejków, proszków, past i naparów. Najlepsze efekty przynosi oczywiście seria zabiegów zaleconych przez ajurwedyjskiego lekarza.

Zrelaksowani i odmłodzeni możemy odkrywać nadmorską Keralę; zobaczyć Przylądek Kormoranów na krańcu Półwyspu Indyjskiego, odwiedzić szkółkę słoni, wziąć udział w raftingu albo trekkingu zakończonym kąpielą pod wodospadem, buszować po targach i sklepikach albo zwyczajnie leniuchować na tutejszych bajecznych plażach. Hindusi słyną z otwartości i gościnności wobec turystów.

Zasady gry

Rodzina golfistów w Polsce stale się powiększa, sezon w pełni i zaczęły się pojawiać kolejne osoby zafascynowane tą dyscypliną. Na pewno przekażą „bakcyla” następnym i znów będzie nas więcej. Dla tych, co dopiero zaczynają interesować się golfem – garść informacji o grze, która wbrew pozorom łatwa nie jest.

Może też wyglądać na dość nudną, a jednak potrafi wywołać olbrzymie emocje u grających. Zdawać się również może, że nie wymaga specjalnej kondycji, a potrafi solidnie zmęczyć. I prawie zawsze po bliższym poznaniu padają stwierdzenia: „nie wiedziałem, że to tak trudna gra”, „nie myślałem, że to tak męcząca gra”, „nigdy nie przypuszczałem, że to jest tak wspaniała gra!!!”.

Kije – bez nich ani rusz. Woody, irony, putter – dla zaczynającego przygodę z golfem wyglądają dziwnie, ale bez obaw, szybko się z nimi można zaznajomić i przestają być tak tajemnicze. Woody kiedyś były robione z drewna i stąd pochodzi ich nazwa, ale teraz są metalowe, stalowe lub tytanowe. Irony, podobnie jak woody, wykonane są z metalu, ze stali lub stopów. Jedne i drugie osadzone są na trzonku (shaft), w woodach, grafitowym, a w ironach, stalowym lub grafitowym. Każdy shaft jest zakończony uchwytem (grip), przeważnie gumowym, ale bywają też z innych tworzyw sztucznych lub ze skóry, mogą być czarne lub różnobarwne, w zależności od upodobania. W czasie gry można ich mieć w torbie „tylko” czternaście. Początkujący tego wszystkiego nie wykorzystują, ale stopniowo zaczyna się używać całego kompletu. I właśnie ten zestaw znajduje się w charakterystycznej torbie golfowej.

Torby, podobnie jak kije, różnią się od siebie nie tylko fasonem czy kolorem, ale przede wszystkim przeznaczeniem. „Stand bag” jest to torba, którą się nosi na ramieniu lub częściej, na specjalnych szelkach, na plecach. Nazwa stand wzięła się od tego, że torba posiada specjalne rozkładane nóżki, pozwalające postawić ją na czas, kiedy golfista wykonuje uderzenie. „Cart bag” – torba, którą można wygodnie przymocować do wózka golfowego, często jest większa i pojemniejsza od „stand bag” – w końcu nie trzeba jej dźwigać. „Tour bag” to duża i dość ciężka torba używana przez zawodowych graczy, najczęściej noszona przez caddiego, więc raczej nie polecam, bo to dodatkowe obciążenie. Dobrym uzupełnieniem jest „carry bag”, mała torba na kilka kijów. Można jej używać kiedy nie idzie się z pełnym zestawem, na przykład na driving range. Torby dla pań często różnią się fasonem, kolorem i ciężarem, podobnie jak dziecięce czy juniorskie, które też są specjalnie dopasowane do młodszych graczy.

Następnym elementem wyposażenia jest strój golfisty. Dawniej oficjalny i elegancki, obecnie coraz bardziej urozmaicony i kolorowy, ale nadal szykowny. Na żadnym szanującym się polu nie można pokazać się w jeansach czy też w nieodpowiedniej koszulce.

Jeśli jest ciepło, to można grać w krótkich spodniach, ale szorty są niemile widziane. Pasek do spodni jest koniecznym uzupełnieniem stroju gracza. Panie mogą sobie pozwolić na trochę większą swobodę i urozmaicenie stroju, ale również wszystko powinno być eleganckie. Buty – koniecznie z kolcami (spikes) – tyle, że zrobionymi z tworzywa sztucznego. Na kolce stalowe mogą sobie pozwolić jedynie zawodowcy i lepiej się tego trzymać, bo na większości pól nie wolno używać innych, niż tylko miękkie.

Skoro poznaliśmy już sprzęt, to czas przymierzyć się do grania. Najlepiej zacząć od poćwiczenia i rozgrzania się na driving range’u, w miejscu, gdzie mamy sporo przestrzeni przed sobą, specjalne stanowiska, wyznaczone odległości i cele. Tam możemy potrenować uderzenia różnymi kijami. Uderzamy na odległość lub do celu, natomiast na practice greenie ćwiczymy putty, czyli uderzenia do dołka. Kiedy już się dobrze rozgrzejemy, wypróbujemy poszczególne uderzenia – możemy z naszymi partnerami rozpoczynać grę. Idziemy na pierwsze „tee”. Pamiętamy o wyłączeniu telefonów! Często przypominają o tym napisy, ale przede wszystkim etykieta golfowa.

Tee to obszar, z którego wybijamy pierwszą piłkę na każdym dołku. Możemy umieścić ją na kołeczku (zwanym również tee), robimy swing, słyszymy uderzenie i piłka leci. Najlepiej żeby leciała w kierunku dołka i na fairway. Po uderzeniu tee (kołeczek) należy zabrać, jeśli się nie złamał, lub sprzątnąć, jeśli jest złamany. O tym zawsze pamiętajmy, bo to także etykieta golfowa.

Kolejno uderzają wszyscy gracze z grupy i każdy idzie do swojej piłki. Następne uderzenie jako pierwszy wykonuje ten, którego piłka poleciała najkrócej. Ponowny swing, kolejne uderzenia i jesteśmy na greenie. Tu już „tylko” trzeba wbić piłkę do dołka i pierwszy dołek będzie za nami. Mamy dwa putty, więc niby łatwo, ale różnie bywa. Można zagrać par, czyli dołek zaliczony w planowej liczbie uderzeń (par dołka), może być birdie, czyli jedno mniej niż planowana liczba, eagle – dwa poniżej planowanej liczby – dalej się nie rozmarzajmy. Jest jeszcze druga strona medalu: bogey, czyli jedno uderzenie więcej niż planowane, double bogey – dwa więcej, i tak dalej, ale pesymistami również nie bądźmy. Piłka wpadła do dołka, więc chorągiewka wraca na swoje miejsce, a my kierujemy się na następne tee, dołek numer dwa. Po drodze lub przed następnym tee możemy wpisać swoje wyniki do score carty i przygotowujemy się do zagrania następnego dołka. Rozpoczyna ten, który najlepiej zagrał na poprzednim. Znów pierwsze uderzenie, czyli drive.

Ambicją gracza jest posłanie piłki jak najdalej. Niestety, często zapomina się o tym, że to nie jest gra tylko na odległość, ważniejsza jest precyzja, jednak – wbrew woli gracza – piłka czasem zaczyna skręcać w prawo (slice) lub lewo (hook). To błędy i trzeba nad tym popracować. Zdarzają się nawet najlepszym. Jeśli piłka zniknęła nam z oczu, to jej szukamy, ale pamiętajmy, że szukamy tylko pięć minut i nie powinno się tego czasu przekraczać, bo opóźnimy grę następnym golfistom, a to znów wbrew etykiecie. Poza tym, możemy się narazić na upomnienie ze strony marshalla, który czuwa nie tylko nad tym co się dzieje na polu, ale również nad płynną grą. Udało się. Piłka znaleziona, gramy dalej, „piękne” uderzenie w stronę greena i... niestety, piłka wylądowała w piaszczystym dole (bunker). Co teraz, kara? Według reguł, nie. Jednak znalezienie się w bunkrze jest dla początkujących graczy wyjątkowo dotkliwym problemem, mimo

że specjalny kij (sand wedge) niby pomaga, ale zawsze to inne warunki. W końcu się uda i piłka znów znajdzie się na greenie. Warto pamiętać, że jeśli pozostawiła ślad po upadku (ball mark, pitch mark), należy to naprawić, używając specjalnego „widelca” (divot tool).

Jeśli zobaczymy na greenie uszkodzenia, których nie zrobiła nasza piłka, to elegancko jest je również naprawić. Green to delikatna powierzchnia i warto o nią dbać. Dlatego też torby czy wózki zawsze zostają poza greenem. Powinno się poprawiać wszelkie naruszenia trawy (divoty), które powstały na skutek naszej gry. Tak sobie idziemy od jednego dołka do następnego i ani się spostrzegliśmy, a za nami parę kilometrów marszu, zaliczonych osiemnaście dołków, zadowolenie (czasem złość), i przed nami „dziewiętnasty dołek”, czyli dom klubowy, w którym możemy odpocząć po grze, gdzie na pewno przeżyjemy jeszcze raz to, co już za nami i na sto procent umówimy się na następne spotkanie.

W co możemy grać? Oczywiście w golfa, ale gier golfowych jest kilka i są urozmaicone, pozwalają na wspólną grę golfistów na różnych poziomach zaawansowania. Dzięki systemowi handicapowemu, ten teoretycznie słabszy nie jest z góry skazany na porażkę.

Strokeplay

Najbardziej znana i popularna gra golfowa. Liczy się liczba uderzeń oddanych na osiemnastu dołkach. Najczęściej grana przez zawodowców. Może być liczona netto (liczba uderzeń po uwzględnieniu handicapu) i brutto (rzeczywista liczba uderzeń).

Matchplay

Gra na dołki. Mecz rozgrywany między dwoma graczami, gdzie liczona jest liczba wygranych dołków. Ten z graczy, który wygra większą ilość (z osiemnastu) jest zwycięzcą.

Foursomes

Mecz rozgrywany między parami graczy, każda para gra jedną piłką. Zawodnicy uderzają na przemian, aż do wrzucenia piłki do dołka. Może być grany w systemie matchplay lub strokeplay. Gra jest prowadzona w ten sposób, że gracz, który rozpoczyna grę na pierwszym tee, zaczyna na wszystkich dołkach nieparzystych, a jego partner na parzystych.

Stableford

Gra lubiana przez mniej zaawansowanych graczy, w której każdy zakończony dołek jest punktowany. Za eagla uzyskuje się cztery punkty, za birdie – trzy, za par – dwa, a za bogey – jeden punkt. Wygrywa osoba z największą liczbą zdobytych punktów.

Texas scramble

Gra drużynowa z udziałem czterech graczy. Polega na tym, że każdy z nich oddaje drive, wybierany jest najlepszy z czterech i od tego miejsca kolejno uderzają. Następnie znów wybierane jest najlepsze uderzenie, i tak aż do skończenia dołka.

Słownik golfowy:

Address – setup – ustawienie się gracza do zagrania piłki

Airshot – uderzenie bez kontaktu z piłką, jest liczone jako normalne uderzenie, chociaż piłka nie zmieniła swego położenia

Approach shot – uderzenie na green, lokujące piłkę jak najbliżej dołka

Backspin – wsteczna rotacja piłki po uderzeniu. Bywa stosowany świadomie w celu zatrzymania piłki na greenie

Birdie – jedno uderzenie poniżej par dołka

Bogey – jedno uderzenie powyżej par dołka

Bunker shot – uderzenie zagrane z piasku na lub w okolicę greena

Chip – krótkie uderzenie na green, piłka po niskim locie toczy się

Divot – kawałek trawy wyrwany po uderzeniu piłki, zawsze powinien zostać naprawiony

Driver – kij numer jeden, najdłuższy, najdalej uderzający, służący do rozpoczynania gry z tee

Fairway – przestrzeń pola znajdująca się pomiędzy tee a greenem, pokryta krótko przystrzyżoną trawą

Fairway woods – kije typu wood używane do gry z pola, mogą być oznaczone numerami od dwóch do dziewięciu

Fore – okrzyk ostrzegający innych graczy o lecącej w ich kierunku piłce

Green – obszar, na którym znajduje się dołek, szczególnie zadbany i pielęgnowany

Grip – gumowe zakończenie kija, miejsce uchwytu Grip – sposób trzymania kija przez golfistę

Handicap – potwierdzony przez komisję handicapową stopień umiejętności golfowych

Hazard – stała przeszkoda na polu (woda, bunkier)

Hole – dołek na greenie

Honor – zaszczyt rozpoczynania gry na tee (najlepszy gracz na pierwszym lub zwycięzca poprzedniego dołka na kolejnym)

Hook – błędne uderzenie, piłka skręca na lewo (gracz praworęczny)

Mark – znacznik, którym zaznacza się piłkę na greenie

Marker – osoba zapisująca wyniki, przeważnie współgracz

Out of bounds – teren poza grą, zagranie tam skutkuje punktem karnym i powrotem do miejsca uderzenia

Par – liczba uderzeń na dołku i polu, w której powinny zostać zaliczone

Pitch – wysokie zagranie piłki na green

Putt – zagranie piłki leżącej na greenie

Putter – kij do uderzania piłki leżącej na greenie

Rough – wyższa trawa wokół fairwaya

Rules – przepisy golfowe

Slice – błędne uderzenie, po którym piłka skręca w prawo (gracz praworęczny)

Tee – kołeczek, na którym ustawia się piłkę, rozpoczynając grę na dołku

Dumy Janowa

Koń arabski jest jedną z najstarszych ras koni na świecie, która ukształtowała się na terenie dzisiejszego Półwyspu Arabskiego. Wyjątkowo trudne warunki klimatyczne sprawiły, iż konie te odznaczają się cechami niespotykanymi u innych zwierząt. Legenda głosi, iż do dziennego życia wystarczały im dosłownie garść ziarna i nieduża ilość wody – te czynniki miały wpływ na ukształtowanie się wyjątkowej odporności i siły tych zwierząt. Dodatkowo tryb życia Beduinów – stałe przemieszczanie się oraz obciążanie bagażem sprawiły, iż zwierzęta te są wyjątkowo wytrzymałe. Kolejną wielką zaletą konia jest fantastyczny charakter, który pomimo temperamentu odznacza się również łagodnością i przywiązaniem do człowieka.

Ze względu na to, iż konie te hodowano na rozległych terenach, z czasem wykształciło się kilka odrębnych ras. Do podstawowych należą: typ Saklavi – najbardziej klasyczny przedstawiciel rasy, wyróżniają go szlachetna uroda, duże oczy oraz siwe umaszczenie, typ Kuhalan - bardziej wytrzymały, umaszczenie gniade; typ Munighi – kasztanowa odmiana o płaskiej budowie ciała.

Konia arabskiego wyróżnia wzrost – dochodzący do stu pięćdziesięciu centymetrów w kłębie długa szyja, szerokie nozdrza, wysoko osadzany ogon, sylwetka wpisana w kwadrat. Wielbiciele tej rasy zwracają uwagę na jego harmonijny ruch, który wyróżnia go na tle innych koni. Kolejne zalety to niewątpliwie wyjątkowa wytrzymałość, długowieczność i odporność na niesprzyjające warunki środowiska.

Według legendy rasa ta wywodzi się od pięciu klaczy Mahometa: Hadbah, Saklavi, Kuhajlan, Hamdani i O`Bajan, które pomogły mu w ucieczce z Mekki do Medyny. Ponieważ Arabowie nie prowadzili żadnej ewidencji zwierząt, nie funkcjonował rodowód w dzisiejszym rozumieniu, natomiast wręcz do perfekcji podchodzono do czystości krwi – i tak klacze azil (czyli potomkinie legendarnych pięciu klaczy Mahometa) bezpośrednio łączono tylko z ogierami azil.

Choć oficjalna hodowla koni rasy arabskiej sięga początków XIX wieku, przełomowym wydarzeniem było założenie w 1817 roku najsłynniejszej w Polsce i jednej z najznamienitszych na świecie stadniny koni polskich w Janowie Podlaskim. Na początku działalności miała ona przed sobą trudne zadanie odbudowania zdziesiątkowanego po wojnach napoleońskich pogłowia arabów. Warto jednak wspomnieć o początkach, gdyż w pełni ukazują jak trudną drogę pokonali hodowcy, aby utrzymać rasę. W 1795 roku hrabia Sanguszko stworzył w Sławucie pierwszą stadninę arabów. Dosyć częste w tym okresie wyprawy po konie nie przynosiły oczekiwanych rezultatów – niezbyt kompetentny koniuszy hrabiego przywiózł raz z wyprawy na Bliski Wschód… pięć ogierów pustynnych. Konsekwentnie jednak kontynuowane eskapady (w 1817 i 1857 roku) pozwoliły z czasem stworzyć liczącą się w Europie hodowlę, która nieprzerwanie rozwijała się aż do momentu wybuchu drugiej wojny światowej.

Do czasów pierwszej wojny światowej nadzór nad stadniną sprawowali urzędnicy carscy. W 1914 roku została ona ewakuowana w głąb Rosji, a losy koni pozostają nieznane, żaden z nich do Polski już nie powrócił. Po odzyskaniu niepodległości podjęto na szeroką skalę odnawianie populacji koni. A po odbudowaniu pomieszczeń gospodarczych w Janowie pozostały konie czystej krwi arabskiej i półkrwi angloarabskiej. Tragiczne chwile populacja polskiego araba przeżyła w czasie drugiej wojny światowej – zginęło wtedy aż osiemdziesiąt procent populacji koni arabskich.

Na plus niemieckiej komendzie stadniny trzeba niewątpliwie zaliczyć fakt,

iż w momencie przekraczania Bugu przez Rosjan zdecydowała się ona ewakuować konie. Trafiły do Drezna, gdzie przeżyły nalot aliantów w nocy z trzynastego na czternastego lutego 1945 roku. W końcu trafiły do Nettelau, gdzie szczęśliwie doczekały końca wojny, a do Janowa powróciły w 1950 roku.

Nie dość, że polska hodowla poniosła ogromne straty, to na dodatek władze komunistyczne, widzące w hodowli arystokratycznych koni dosłownie zamach na ustrój socjalistyczny, nie ułatwiały tego zadania. Słynne zdanie Władysława Gomułki o „koniach zjadających Polskę” nie najlepiej wróżyło rodzimej hodowli. Przetrwała ona dzięki garstce miłośników i zapaleńców, którzy nie dopuścili do zaprzepaszczenia dotychczasowego dorobku. W 1960 roku ruszyła masowa sprzedaż tych koni za granicę, a najczęściej kupującymi i płacącymi najwyższe ceny są Amerykanie.

Każdego roku na aukcję w Janowie Podlaskim przyjeżdżają hodowcy nie tylko z Europy, ale również z tak egzotycznych krajów, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar, Jordania czy Azerbejdżan. Tegoroczna aukcja odbędzie się ósmego sierpnia.

Pride of Poland w Janowie Podlaskim jest coroczną aukcją koni arabskich, odbywającą w ramach Dni Konia Arabskiego. Pierwsza aukcja została zorganizowana w 1970 roku, jednak pod obecną nazwą funkcjonuje od 2001 roku. Od 1979 roku aukcję poprzedza Narodowy Pokaz Koni Arabskich Czystej Krwi. Tym samym impreza zyskała nową oprawę – odtąd odbywa się ona w ogromnym namiocie, mogącym pomieścić sporą widownię, a przede wszystkim osoby licytujące.

Do jednych z najznamienitszych gości aukcji, obok miliarderów i wpływowych ludzi, zalicza się Shirley Watts, żona perkusisty Rolling Stones, Charliego Wattsa. W ostatnich latach brała ona aktywny udział w aukcjach, co zaowocowało kupieniem przez nią trzech klaczy – Emildy, Euza i Alejki.

Rekordowa kwota padła w 2008 roku, kiedy to za klacz Kwestura nabywca ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich – szejk Ammar Bin Humaid Al Nuaimi – oferował ponad milion euro. Warto nadmienić, iż klacz ta jest naprawdę niezwykłym koniem, docenionym po obu stronach kontynentu. Emocje przypominały te na trybunach podczas rozgrywania finałów Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Przy astronomicznej już kwocie dziewięćset tysięcy euro nagle do gry włączył się szejk, który przebił pozostałych licytujących i tym samym klacz trafiła do stajni w Ajmanie.

Warunki licytacji są jasne i przejrzyste – przystąpić może do niej każda osoba fizyczna. Przed licytacją konia należy wpłacić wadium w wysokości dwóch tysięcy euro, najpóźniej na pół godziny przed rozpoczęciem licytacji. Jego wpłata równoznaczna jest z akceptacją wszystkich warunków aukcji. Wadium zostaje wliczone w cenę zakupu. Konie posiadają cenę rezerwową i zostają sprzedane wyłącznie po jej osiągnięciu. W momencie powstania sporu pomiędzy kupującymi, koń wraca do ponownej licytacji lub też kwestię tę rozstrzyga aukcjoner, który może również taką sporną aukcję anulować. Odbiór konia następuje tylko w przypadku natychmiastowej wpłaty.

Konie pochodzą głównie z polskich hodowli państwowych: Stadnin Koni w Janowie Podlaskim i Michałowie oraz ze Stada Ogierów w Białce; kilka sztuk ze stadnin prywatnych.