Historia POLO

Polo jest współcześnie kojarzone z luksusowym, elitarnym sportem, nierozerwalnie związanym z życiem towarzyskim wyższych sfer. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jest to przede wszystkim najstarsza gra zespołowa świata. Od wieków polo jest nazywane królem gier i grą królów, zgodnie z zapisem odnalezionym na kamiennej tablicy, w pobliżu starożytnego boiska do polo w Gilgit, na terenie dzisiejszego Pakistanu: „Let other people play at other things-the King of Games is still the Game of Kings”.

Polo jest najstarszym sportem drużynowym na świecie i jednocześnie jedyną grą zespołową prowadzoną na zwierzętach. Pierwsze zapiski pojawiły się 600 lat p.n.e. i dotyczą armii perskiej, która grywając, przygotowywała kawalerię konną do walk lokalnych. Nazwa gry pochodzi od słowa „pulu”, co w języku tybetańskim oznacza piłkę. Polo trafiło do Europy w XIX wieku wraz z oficerami brytyjskimi stacjonującymi wówczas w Indiach.

Pierwszy europejski pokaz polo odbył się w Londynie w 1871 roku. Do dziś polo jest mocno osadzone w kulturze Wielkiej Brytanii, gdzie nadano mu elitarny charakter i odpowiednią otoczkę towarzyską. Podczas najsłynniejszego turnieju Queen's Cup w Windsorze, eleganccy dżentelmeni i panie w wytwornych kapeluszach, włączając w to królową Elżbietę II, udeptują darń w przerwach meczu. Brytyjczycy opracowali zasady gry i rozpowszechnili ją na całym świecie. Polo pozostaje przypisane rodzinie królewskiej, a Książę Karol i jego synowie, jako amatorzy, osiągają w nim niemałe sukcesy.

Obecnie jednak mekką polo pozostaje Argentyna. Stamtąd pochodzą najlepsze konie, tak zwane polo ponies, które są niesamowicie szybkie i waleczne. Popularność polo w Argentynie oraz wspaniałe warunki klimatyczne owocują niewątpliwie najlepszymi zawodnikami i trenerami na świecie. Zapaleńcy polo z Europy spotykają się tam każdej zimy, aby doskonalić swoje umiejętności.

 

KONIE

 

Konie używane do polo powinny, jak mawiają specjaliści, charakteryzować się szybkością koni pełnej krwi, inteligencją arabów i zwrotnością rasy quarter horse. Wymaga się od nich wytrzymałości, odwagi, posłuszeństwa, równowagi i umiejętności natychmiastowego reagowania na sygnał jeźdźca.

Dawniej w rozgrywkach brały udział kuce („polo pony”), ale w latach dwudziestych ubiegłego wieku wycofano limit wzrostu. Obecnie konie do polo mierzą około 152 centymetrów w kłębie. Są to z reguły krzyżówki koni pełnej krwi z amerykańskimi quarter horse lub argentyńskimi criollo. Obie te rasy używane są przez kowbojów – w Argentynie „gauchos” – do pracy z bydłem.

Idealny koń do polo wyróżnia się szlachetną głową, cienką, lekko wygiętą szyją, stosunkowo drobnym ciałem, muskularnym zadem, prostymi, wytrzymałymi nogami i twardymi kopytami. Umaszczenie nie jest istotne.

Wszystkie te cechy są niezbędne ze względu na szybkość gry, częste zatrzymania i zmiany kierunków podczas meczu.

 

REGUŁY GRY

 

Opanowanie reguł polo zawartych w grubej księdze zajmuje zawodnikom około trzech lat. Sprowadzając je tylko do podstawowych narzędzi, należy wspomnieć o boisku, piłce, kijach i koniach.

W zależności od podłoża boiska wyróżnia się trzy rodzaje polo – polo na trawie, arena polo na syntetycznej nawierzchni i polo na śniegu. Klasyczne polo na trawie jest rozgrywane na boisku wielkości prawie dziesięciu boisk do piłki nożnej (260m x 120m). Wówczas drużyny liczą czterech zawodników. Niesamowicie widowiskowe, przypisane znanym kurortom zimowym jak na przykład szwajcarskie St. Moritz, jest polo na śniegu. W takich pojedynkach podstawową różnicę stanowi piłka, która jest jaskrawo pomarańczowa. Z uwagi na ogromne koszty utrzymania boiska w tradycyjnym polo coraz bardziej popularne staje się arena polo, które jest rozgrywane na specjalnej nawierzchni, doskonale amortyzującej nacisk kopyt. Wówczas drużyny są dwu lub trzyosobowe, a boisko ma wymiary od 30 do 50 metrów szerokości i od 60 do 100 metrów długości. Gra natomiast jest bardziej dynamiczna i widowiskowa. Celem rozgrywki polo jest wbicie piłki do bramki rywala za pomocą kija zwanego malletą. Kije od początku historii polo są wykonane z bambusa. Wielokrotnie próbowano znaleźć inny materiał, ale bezskutecznie. Mimo postępu technologicznego bambus okazał się niezastąpiony.

W pojedynku uczestniczą dwie drużyny poruszające się konno. Mecz składa się z maksymalnie czterech części, zwanych czakerami (ang. chukker), każda z nich trwa 7 minut 30 sekund, a w przypadku arena polo 6 minut i 30 sekund. Jest to dokładnie tyle, ile polo pony bez ryzyka może wykorzystywać do maksimum swoją prędkość i zwrotność. Każda następna minuta gry jest już zbyt mocno odczuwalna dla konia. Podczas meczu zawodnicy zmieniają konie w trzyminutowej przerwie między czakerami, dlatego jeden gracz powinien posiadać przynajmniej dwa, a najlepiej cztery konie. Wtedy można rozegrać cztery części meczu. W polo wykorzystuje się specjalną odmianę koni, tak zwane polo ponies. Są one mniejsze, ale bardzo silne i zwrotne. Konie do polo mają przystrzyżone grzywy i związane ogony, aby uniknąć zaplątania kija we włosie w czasie gry. Z kolei ich nogi są zabezpieczane przed urazami specjalnymi ochraniaczami i bandażami. Najlepiej sprawdzają się wierzchowce między szóstym a piętnastym rokiem życia, bo wtedy osiągają odpowiednią dojrzałość do gry.

W czasie rozgrywek pełno pracy mają też luzacy, którzy muszą rozprężyć i przygotować wszystkie konie. Grę rozpoczyna sędzia, rzucając piłkę między dwie drużyny ustawione na środku boiska. W rozgrywkach polo chodzi o to, w pewnym uproszczeniu, aby wbić drużynie przeciwnej jak najwięcej bramek. Stanowią ją dwa słupki ustawione w odległości 7,3 metra od siebie. Bramka pozbawiona jest siatki i poprzeczki, więc gol pada, gdy piłka przejdzie na dowolnej wysokości pomiędzy słupkami. Ciekawostką jest to, że stronę gry zmienia się po każdej zdobytej bramce.

W czasie gry dozwolone jest zaczepianie kijem o mallet przeciwnika, zderzanie się koni, wypchnięcie przeciwnika poza linię, przejęcie piłki. Aby zapewnić graczom i koniom możliwie największe bezpieczeństwo każda z tych akcji jest dokładnie opisana w zasadach gry. Bardzo szczegółowe wytyczne definiują też sposób poruszania się graczy po boisku i zasady pierwszeństwa („right of way” i „line of the ball”). Cała gra w polo oparta jest właśnie o „line of the ball”, czyli linię po jakiej porusza się uderzona piłka oraz jej potencjalne przedłużenie. Gracz, który uderzy piłkę nabywa prawo pierwszeństwa i żaden inny jeździec nie może przekroczyć przed nim linii gry. Ale może podążać za piłką z dowolnej strony linii. Dwaj gracze jadący na przeciwko siebie mogą jechać wyłącznie po dwóch stronach linii, tak aby mogli bezkolizyjnie uderzyć piłkę. Po każdym uderzeniu, gdy piłka zmienia kierunek, powstaje nowa linia gry. Większość fauli i kar wynika z niepoprawnego, czyli niebezpiecznego przekroczenia „line of the ball”.

Łamanie zasad, a przede wszystkim powodowanie niebezpiecznych sytuacji w grze podlega karom, których jest aż dziesięć. Najczęściej stosowane to rzuty karne wykonywane z różnych odległości od bramki. Najbardziej surowa kara to dyskwalifikacja zawodnika. Przeciwnicy mają prawo do obrony niektórych rzutów karnych.

Członkowie drużyny mają do wykonania określone zadania. Gracze numer 1 i 2 to napastnicy, z tym że z numerem 1 gra zazwyczaj najmniej doświadczony zawodnik. Numer 3 to obrońca, ale jego zadaniem jest również przechwycenie piłki i posłanie jej napastnikom. Długie strzały wymagają dużych umiejętności i precyzji, dlatego w tej roli występuje najczęściej najbardziej doświadczony gracz. Czwarty jeździec jest obrońcą. Zawodników łatwo rozpoznać po numerach nadrukowanych na koszulkach. Zależnie od sytuacji, jaka rozgrywa się na boisku, role jeźdźców mogą się zmieniać w trakcie gry, gdyż nadrzędnym celem jest zdobycie bramki. Zawodnicy starają się ocenić w jakim kierunku potoczy się piłka i zajmują pozycje, aby ją przejąć.

Nad poprawnością rozgrywek czuwają: arbiter, dwóch sędziów na koniach oraz jedna osoba mierząca czas. W ważnych rozgrywkach wyznaczani są również sędziowie bramkowi. Oprócz nakładania kar mogą oni również przerwać grę jeśli stwierdzą uszkodzenie sprzętu lub rzędu końskiego, zagrażające bezpieczeństwu konia lub jeźdźca.

 

WYPOSAŻENIE JEŹDŹCA

 

Zawodnik polo ubrany jest w strój do jazdy konnej. Bezwzględnie musi nosić kask. Zalecane są: ochronna maska na twarz, okulary i kamizelki. Buty do polo są z reguły zrobione z brązowej skóry, ale bywają też czarne. Na kolana jeździec zakłada skórzane ochraniacze. Dopuszczone są ostrogi, ale muszą być one zaokrąglone, aby nie raniły konia. Jeźdźcy mogą też używać palcatów, lecz tylko w czasie, gdy piłka jest w grze. Jednak najważniejszym elementem wyposażenia jest mallet, służący do uderzania piłki. Mallety, na pierwszy rzut oka podobne, różnią się między sobą. Długość kija zależy od wysokości konia i jeźdźca. Waga główki oraz giętkość malleta zależą od preferencji zawodnika oraz strzałów jakie najczęściej oddaje. Bardziej giętkie kije służą do posyłania piłki na dalszą odległość. Trzonek, najczęściej bambusowy, o długości do 1,5 metrów poddawany jest obróbce, mającej zapewnić mu wytrzymałość i pożądaną giętkość. Główka malleta zrobiona jest z różnego rodzaju specjalnie utwardzanego drewna.

W polo używa się siodeł płaskich, bez poduszek. W galopie jeźdźcy często anglezują po to, by odciążyć konia. Jazda w pełnym siadzie byłaby dla koni zbyt męcząca, a z kolei półsiad utrudniłby graczom szybką reakcję.

 

RZĄD KOŃSKI

 

W polo stosuje się uzdy wędzidłowe: pelham lub gag. Pelham używany jest w polo z zastosowaniem dwóch par wodzy. Górna wodza służy do prowadzenia konia. Dolna pozostaje na lekkim kontakcie i używana jest tylko w razie potrzeby. Dodatkowymi elementami kiełzna są łańcuszek i pasek podbródkowy. Pelham wywiera ucisk na język, krawędzie żuchwy, wargi i kark. Gag, inaczej mówiąc wędzidło dźwigowe, powoduje unoszenie głowy konia oraz ucisk na jego język, żuchwę, wargi i kark. Dźwignię tworzą: kawałek skóry lub metalowy pręt przechodzące przez kółka wędzidła i łączące się z jednej strony z paskami policzkowymi, a z drugiej z wodzami. W tym przypadku również stosuje się dwie pary wodzy. Konie bezwzględnie muszą mieć ochraniacze na nogach oraz zaplecione ogony.

 

POLO W POLSCE

 

Polskie tradycje gry w polo sięgają dwudziestolecia międzywojennego. Sport ten uprawiali kawalerzyści i panowie z tak zwanych dobrych domów. Własne drużyny mieli żołnierze XV Pułku Ułanów w Poznaniu i szwoleżerowie z I Pułku w Warszawie. Wielkim entuzjastą polo był hrabia Alfred Potocki. Po wojnie nie kontynuowano tradycji związanych z polo, aż do inaugurującego meczu pokazowego, który odbył się w 2003 roku na Służewcu. Polo przywrócili w Polsce miłośnicy koni i pasjonaci gry królów, stając się na nowo prekursorami polo w naszym kraju. Osoby te są nadal aktywnymi graczami i propagatorami polo.

W Polsce mamy obecnie około 25 aktywnie grających zawodników zrzeszonych w klubach. Główna idea polo opiera się o kluby, w których zawodnicy trenują i na których spoczywa obowiązek pielęgnacji koni. W Polsce działają cztery kluby – Warsaw Polo Club, Buksza Polo & Riding Club, Wielkopolski Polo Klub, Żurawno Polo Club. Kluby zrzeszone są w Polskim Towarzystwie Polo, które od 2004 roku należy do Międzynarodowej Federacji Polo (Federation of International Polo). FIP skupia osiemdziesiąt organizacji z całego świata, ale tylko pięćdziesiąt z nich, w tym Polskie Towarzystwo Polo, ma statut pełnego członka. FIP uzyskał statut Federacji Uznanej przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski.

Rozmawiamy o Polo

Z Tomkiem Tokarczykiem, zawodnikiem polo i włascicielem WPC, rozmawiamy o POLO.

 

Kolejny sezon polo za nami. Odbyły się dwa duże turnieje – które zresztą zakończyły się zwycięstwami Twojej drużyny – oraz liczne mecze towarzyskie. Spotkania oglądało wielu kibiców, dopisali również sponsorzy. Myślę, że był to bardzo udany rok. Czy zgodzisz się z moją opinią?

 

O tak, sezon 2011 był wyjątkowo obfity w wydarzenia. Gościliśmy po raz drugi Mistrzostwa Europy Środkowej, odwiedziły nas drużyny zagraniczne, a nawet koledzy z najdalszych zakątków świata. Do tego obchodziliśmy setną rocznicę pierwszego meczu polo – rozegranego na ziemiach Polski przez braci Potockich w Łańcucie. Muszę powiedzieć, że polskim polistom nie brakowało w tym sezonie dobrego polo i dobrej zabawy. Do tego małe sukcesy drużyny Warsaw Polo Club przyozdobiły ten sezon jeszcze bardziej. Ale jak to w sporcie bywa nie zabrakło też porażek.

 

Czy zatem możemy powiedzieć, że polo w Polsce rozwija się?

 

Na pewno tak. Sport ten będzie się rozwijał, gdyż jest on dla ludzi w każdym wieku i każdej płci. W polo gra się do późnej starości, do tego jest to największy znany mi narkotyk na świecie. Jak tu się nie zakochać - konie, słońce, emocje sportowe, drużyna przyjaciół. Wydaje mi się, że te kilka ostatnich lat dało nam solidne podwaliny na przyszłość w postaci kilku znakomitych zawodników, którzy swoją osobowością dodają energi potrzebnej do rozwoju polo. A nowi adepci pukają wciąż do naszych drzwi, bo są pewni, że znajdą u nas profesjonalne podejście i możliwości rozpoczęcia nauki przez cały rok.

 

A jakie jest zainteresowanie nauką gry w polo?

 

Zainteresowanie jest duże, jednak wielu boi się, że nie poradzi sobie z piłką i jazdą konną jednocześnie. Gdyby tylko wiedzieli , że do tego trzeba jeszcze wciąż myśleć nad strategią gry i świetnie się orientować, gdzie w danym momencie jest każdy z zawodników swojej drużyny. Jednak polo uczy się szybko. Łatwość z jaką można już po kilkunastu lekcjach odbijać piłkę jest zdumiewająca. Muszę przyznać, iż postępy nowych adeptów tej gry są niebywale dynamiczne. Upatruję tu wpływ profesjonalnych trenerów, dobrze ułożonych koni i stosunkowo łatwego dostępu do rozgrywek. Wciąż mamy zapytania o naukę, ale jest to sport, który wymaga poświęcenia i nie każdy może się zdecydować.

 

Wydaje mi się, że pewnym utrudnieniem jest to, że wyprawa do Warsaw Polo Club, lekcja i powrót zajmują sporo czasu. Dla osób czynnych zawodowo, to jest raczej dzień wolny niż zajęcia po godzinach.

 

Tak, polo związane jest zawsze z życiem farmerskim, wymaga przestrzeni – samo boisko to 4 hektary – dlatego kluby polo leżą z dala od centrum miast. Co innego kort tenisowy czy boisko do koszykówki. Jednak dla osób, które chcą się oderwać od zgiełku miasta i zakosztować niesamowitej przygody, to polo jest istnym objawieniem. Na trening i dojazdy trzeba poświęcić około dwóch godzin. Najlepiej trenować dwa lub trzy razy w tygodniu. Na szczęście niebawem poprawi się dojazd do Warsaw Polo Club, gdyż powstaje Puławska bis, więc z Mokotowa będziemy docierać do klubu w kilkanaście minut.

 

Zgadzam się. Jest to wspaniały relaks, obcowanie z naturą i praca nad niezbędną w tym sporcie kondycją. Dzięki Twoim staraniom mamy możliwość nauki gry w polo i oglądania rozgrywek na światowym poziomie. Osoba, która zaczyna swoja przygodę z polo musi zaopatrzyć się w niezbędny do gry ekwipunek – siodło, kije, kaski, ochraniacze. O samych koniach – a powinno się ich mieć minimum dwa – nie wspomnę, bo chyba uczyć się można, jeżdżąc na klubowych. Czy w Polsce łatwo jest zaopatrzyć się w sprzęt niezbędny do uprawiania polo?

 

Właściwie my oferujemy wszystko poza butami do polo. Mamy wybór kijów do polo, kaski, siodła i całą resztę, a nawet konie, które można wypożyczyć lub zakupić. Na starcie trzeba mieć czym uderzać i kask na głowie, to właściwie wystarczy. Konie przychodzą potem, gdyż jest to specyficzna więź, która się rodzi powoli. W tym roku wyprodukowaliśmy wraz z braćmi Lange wspaniałą kolekcję ubrań do polo. Jako, że nasze koszulki polo cieszyły się ogromnym

zainteresowaniem uruchomiliśmy sklep internetowy oraz punkt w Loft Fashion w Warszawie, gdzie można zakupić wiele rodzajów koszulek i nie tylko. Najbliższy sklep polo poza naszym klubem znajduje się w Londynie.

 

Jakie były początki Twojej przygody z polo. Dlaczego akurat ten sport, a nie inny?

 

Zawsze mnie ciągnęło do koni, ale jazda klasyczna była bardzo skomplikowana i niewdzięczna. Kilka razy byłem zrzucony z siodła i nie rozumiałem, co się właściwie wokół mnie dzieje. Nie miałem kompletnie kontroli nad koniem, a do tego się go bałem. Podczas nauki gry w polo po prostu wsiadłem na konia i w spacerowym tempie zająłem się piłką. Po kilku godzinach wiedziałem już, że mogę sprawić, by koń szedł dokładnie tam, gdzie ja chcę. W miejsce strachu pojawiła się wdzięczność dla tego zwierzaka i podziw. W ciągu kilku tygodni zapomniałem o tym, co wydarzyło się złego między mną a końmi rekreacyjnymi. Koń do polo to jak cichutki, niewielki automat w porównaniu do starego manualnego poloneza. Słowem najlepszy sposób, by się nauczyć jeździć konno. W naszym klubie nowy adept praktycznie już na pierwszych lekcjach galopuje, a sterowanie koniem głównie odbywa się za pomocą wodzy trzymanej w lewym ręku i przypomina sterowanie joystickiem. Cóż łatwiejszego i przyjemniejszego może być na świecie? Do tego te lasy i przestrzeń. Wyjątkowość tego sportu, jego wielozadaniowość, cały styl życia, to wszystko bardzo mnie pochłonęło, choć wcześniej poszukiwałem i próbowałem wielu różnych sportów.

 

To z pewnością bardzo kosztowna pasja. Jakie jest nastawienie polskich firm? Czy coraz przychylniej patrzą one na sponsoring rozgrywek polo, wspierając ten piękny sport?

 

Polo jest tak samo kosztowne jak każda inna dyscyplina konna. Do tego trzeba dodać kosztyzwiązane z uczestnictwem w rozgrywkach. Jednak prawdą jest, że "sky is the limit", gdyż są patroni, którzy na polo potrafią wydawać miliony, ale to zawsze łączy się z ekskluzywnymi party i światkiem najlepszych graczy zawodowych na świecie. Polo przeżywa poważne zainteresowanie firm związanych z dobrami luksusowymi, gdyż w wyjątkowy sposób dociera do najciekawszej dla danego segmentu grupy docelowej. Polo jest sportem czystym, bez spalin i hałasów, a do tego rozgrywanym na koniach, bardzo dynamicznym i ekscytującym dla widzów spektaklem. Przepiękne popołudnie z rodziną spędzone na kocyku czy przy elegancko zastawionym stole, wśród sportowych koni i międzynarodowych zawodników jest bardzo nośne dla różnych marek. Firmy coraz chętniej rozmawiają na temat partnerstwa przy organizacji eventów.

 

Jak wyobrażasz sobie polo w Polsce za kilka lat? Co trzeba zrobić, żeby go bardziej rozpropagować i za kilka lat z satysfakcją móc stwierdzić, że było dobrze, a jest jeszcze lepiej?

 

Za kilka lat polo będzie zapewne posiadało 5-7 mocnych drużyn, które będą konkurować ze sobą o najważniejsze puchary, takie jak Klubowe Mistrzostwa Polski Polskiego Towarzystwa Polo czy kilka innych trofeów klubowych. Do tego coraz częściej gościmy drużyny z Austrii, Niemiec, Węgier czy Szwecji. Myślę więc, że w ciągu kilku lat dołączą do nas drużyny ze Słowacji, Rosji, a w Polsce będziemy mieli nie pięć lecz dziesięć turniejów rocznie. Polo nigdy nie będzie sportem masowym, jednak przy wszystkich jego urokach i naszych wysiłkach możemy się spodziewać, iż świadomość tego sportu będzie dużo większa. Jesteśmy na dobrej drodze.

 

To na zakończenie poproszę Cię o zdradzenie planów na kolejny sezon?

 

Planujemy dużo turniejów sportowych. 25 maja 2012 roku odbędzie się Międzynarodowy Turniej Federacji CEPA, następnie będzie trochę wyjazdów i znowu turniej we wrześniu – 2-4 hcp – z udziałem graczy profesjonalnych. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam na naszą stronę – www.warsawpoloclub.pl

 

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!

 

Rozmawiała: Agnieszka Kędzierska

Firmowe przyjęcie

Godzina piąta po południu, grudzień, pada śnieg. Krystyna wsiada do samochodu z nadzieją, że nie będzie korków i w miarę szybko wróci do domu. Tego dnia szczególnie jej zależy na czasie, bo o dziewiętnastej jest firmowe przyjęcie i chciałaby wyglądać odświętnie, tym bardziej że słyszała o jakichś nagrodach i wyróżnieniach.

Włącza radio, żeby umilić sobie czas za kierownicą. Z głośników dobiega dźwięk ulubionej kolędy – White Christmas – i nagle Krystynę ogarnia miły nastrój. Czuje, że dziś może wydarzyć się coś sympatycznego. Ten rok przepracowała jak nikt inny, udało jej się zdobyć nowe kwalifikacje związane z pozyskiwaniem i wykorzystywaniem środków unijnych. Sprawdziła się też przy organizacji imprez, a podczas wizyty Japończyków wykazała się znajomością ich kultury. Przebiegając myślami przez wydarzenia mijającego roku Krystyna nawet nie zauważyła, że jest już pod domem. Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała, że nawet nie zdążyła zastanowić się w co się ubrać na ten wieczór. Przecież nie założy garsonki, bo nosi ją na co dzień. Najchętniej poszłaby w swojej nowej jedwabnej sukience, ale trochę obawia się, bo jednak jest to wydarzenie służbowe, a sukienka ma zbyt wykrojone ramiona. Już zaczęła zastanawiać się nad innym rozwiązaniem, gdy nagle wpadł na pomysł zakrycia ramion szalem. W końcu jest to przyjęcie i takie rozwiązanie będzie całkiem na miejscu.

Sporą radość Krystynie sprawia też fakt, że tym razem może iść z Piotrem. W zeszłym roku na przyjęcie nie były, niestety, zapraszane osoby towarzyszące. Piotr nigdy nie ma do niej pretensji, kiedy wyjeżdża na szkolenie albo ma zajęty wieczór z powodu przyjazdu zagranicznej delegacji. Krystyna jednak dobrze wie, że w takich sytuacjach jest mu po prostu przykro, tak mało mają czasu dla siebie. Na całe szczęście tym razem idą we dwoje. Krystynie będzie raźniej, tym bardziej że Piotr jest osobą, która doskonale wie jak dostosować strój do okazji i jak się zachować, także w trudnych sytuacjach, co jest rzadko opisywane w podręcznikach savoir-vivre’u. Do tego ma tak doskonałe wyczucie, że potrafi wyratować z opresji nawet tych, którzy w jego towarzystwie popełnią jakieś faux pas. Taka sytuacja miała ostatnio miejsce na kolacji jubileuszowej w jego firmie, kiedy to żona przełożonego Piotra, która siedziała obok niego, zabrała jego serwetkę. Faktycznie serwetki były tak położone, że te po prawej stronie leżały bliżej nakrycia niż te po lewej. To jednak nie powinno mieć znaczenia dla osób, które znają zasady – zawsze serwetka leżąca po lewej stronie należy do nas. Piotr oczywiście nie dał po sobie poznać, że jest coś nie tak i przy pierwszej nadarzającej się okazji bardzo dyskretnie poprosił kelnera o przyniesienie nowej. Nikt gafy nie zauważył. Piotr ma jeszcze inną niezwykłą umiejętność – potrafi idealnie dopasować strój do okazji i przy tym wygląda wyjątkowo. A w przypadku mężczyzny, to wcale nie takie łatwe. Przecież wiadomo, że wieczorem założy ciemny garnitur, białą koszulę i krawat. Ale on na taką okazję na pewno wybierze koszulę z wywijanymi mankietami, spinki będą dyskretne i eleganckie, a w kieszonce jego marynarki znajdzie się jedwabna chusteczka, która będzie kolorystycznie idealnie pasowała do całości, choć na pewno nie będzie taka jak krawat.

Krystyna i Piotr punktualnie o dziewiętnastej dotarli do restauracji. Piotr wyszedł z taksówki pierwszy, żeby pomóc Krystynie przy wysiadaniu. Przy wejściu oddali wierzchnie okrycia i spokojnym krokiem, z uśmiechem na twarzach, udali się do holu. Tam zostali poczęstowani kieliszkiem szampana na powitanie i przyłączyli się do grupki osób, które przybyły nieco wcześniej. Co chwilę wchodzili kolejni goście, tworząc nowe grupki, aż w końcu zebrali się wszyscy

i gospodarz zaprosił gości do głównej sali, gdzie dopełnieniem pięknie nakrytych stołów był unoszący się zapach jabłecznika z cynamonem. Goście usiedli, kelnerzy zaserwowali przystawki i niektórzy zaczęli już jeść. A przecież powinni byli zaczekać, aż prezes wstanie i skieruje kilka słów do zaproszonych gości. Dobrze, że chociaż przerwali jedzenie, kiedy zaczął mówić. Po krótkim przemówieniu, które było tylko powitaniem i zachętą, prezes usiadł i zaczęło się wspólne biesiadowanie, ale rozmowy odbywały się jedynie w gronie osób najbliżej siedzących. Co prawda jeden z dyrektorów, zresztą jak zawsze, próbował zdominować całe przyjęcie i tubalnym głosem „bawić towarzystwo”, ale po pewnym czasie zmęczył się i goście odetchnęli z ulgą.

Po przystawkach zaserwowano pyszną zupę borowikową z łazankami, a następnie roladki z turbota w liściach winogron. Wszystko sprawnie podawano, potrawy były gorące, pachnące i apetyczne. Oczywiście, jak to zwykle bywa, zdarzyło się sporo różnego rodzaju faux pas, ale ci, co nie znają zasad nie byli tego świadomi, a osoby lepiej zorientowane po prostu nie dały tego po sobie poznać. Na przykład jedna osoba odebrała telefon przy stole, nawet nie zadając sobie trudu, żeby odejść na bok. Ktoś inny zdjął marynarkę, bo zrobiło się za gorąco. Jedna z pań po zjedzeniu zupy wyjęła szminkę i zaczęła poprawiać makijaż. Inna pani próbowała skorzystać z wykałaczki przy stole, a sięgając po sól niemal wsadziła łokieć do talerza gościa siedzącego obok, abstrahując już od tego, że soliła, nie skosztowawszy nawet potrawy! No cóż, mimo najszczerszych chęci organizatorów i ich wysiłków, takie sytuacje są absolutnie trudne do wyeliminowania.

Krystyna i Piotr na towarzystwo nie mogli zupełnie narzekać i naprawdę świetnie się bawili. Czas ma jednak to do siebie, że gdy sprzyja, to szybko mija. Dwie godziny upłynęły w oka mgnieniu. Podano deser, a wysokie kieliszki wypełniły się szampanem. Nasi bohaterowie wiedzieli, że jest to najważniejszy moment tego spotkania. Zaraz nastąpi toast, wzniesiony przez gospodarza, być może i kolejne, a z imienia i nazwiska zostaną wymienione osoby, które szczególnie zasłużyły się w tym roku dla dobra urzędu. Krystyna poczuła lekki niepokój. Piotr zauważył to napięcie i, chcąc podtrzymać Krystynę na duchu, powiedział: „To Twoja chwila”. Wiedział, że Krystyna zaraz odbierze gratulacje i podziękowanie za jej bezgraniczne zaangażowanie i pracowitość. Prezes zaczął przewrotnie, bo nie wymienił nazwiska, ale rozpoczął od przedstawienia osiągnięć. Kiedy Piotr usłyszał o delegacji japońskiej i środkach unijnych, to był przekonany, że wymieniona zostanie jego żona. Ale nie, zamiast Krystyny została nagrodzona jej koleżanka, która niewiele robiła, ale potrafiła pojawić się wszędzie tam, gdzie mogła błysnąć. I teraz też błyszczała, promieniując radością podczas gratulacji przyjmowanych od szefa. Unikała tylko jakoś dziwnie wzroku Krystyny. Za to Piotr nie unikał, a wręcz poprosił żonę, żeby na niego spojrzała. Miała błyszczące oczy od zbierających się łez. Później uhonorowany został jeszcze kolega z sąsiedniego działu. Piotr szepnął do Krystyny, łamiąc wszelkie zasady: „Chodź, znikamy, porywam Cię”. Krystyna już miała wstać, gdy – jakby w oddali – usłyszała słowa prezesa: „Ale nikt nie dorównał w tym roku temu, co osiągnęła, dając tym samym nieoceniony przykład innym, jedna z naszych koleżanek”. I w tym momencie padło jej imię i nazwisko. Łzy rozczarowania zamieniły się w łzy wzruszenia. Zanim podeszła do prezesa szepnęła jeszcze do męża, że oczywiście da się porwać.

 

Autor: Dr Irena Kamińska-Radomska

Hennessy Paradis Imperial

13 października 2011 roku miała miejsce prezentacja najnowszej kompozycji Hennessy Paradis Impérial. Prezentację prowadził Marc Boissonnet – Globalny Ambasador marki Hennessy.

Wyjątkowy trunek wymaga wyjątkowej oprawy. Spotkanie odbyło się zatem w Apartamencie Prezydenckim hotelu Le Regina, a przekąski specjalnie na tę okazję przygotował szef hotelowej restauracji. Oczywiście wpływ na wybór potraw miał Marc Boissonnet, który chciał, by z każdym kęsem odkrywać kolejne warstwy smaku Hennessy Paradis Impérial

Prezentacja rozpoczęła się od krótkiego przedstawienia historii marki Hennessy, która już od początku istnienia słynęła z doskonałych koniaków. U progu XIX wieku Maria Fiedorowna zamówiła specjalny koniak z okazji urodzin jej syna, cara Aleksandra I. Jean Fillioux, pierwszy Mistrz Kompozycji, stworzył unikatowy koniak, jak najbardziej godny imperialnego dworu. Kompozycja ta była pilnie strzeżona przez pokolenia. Po blisko dwustu latach Yann Fillioux, przedstawiciel ósmego pokolenia twórców koniaku Hennessy, wskrzesił historyczny smak z myślą o największych koneserach i pasjonatach tego trunku. Kulminacyjnym momentem spotkania była degustacja. Hennessy Paradis

Impérial to bez wątpienia trunek wyjątkowy, który charakteryzuje się doskonałym i wyrafinowanym smakiem. Wyraźnie wyczuwalne są aromaty jaśminu, pomarańczy, lekko przydymionych akcentów, a także nut kwiatowych. Dzięki unikalnemu połączeniu dziewiętnastowiecznych eaux-de-vie, Paradise Impérial zyskał głębię, która uderza bogactwem doznań.

Zachwycająca jest również majestatyczna karafka, która skrywa ten wyjątkowy koniak. Inspiracją dla jej twórców były właśnie wnętrza cesarskiego dworu, a także stroje z tamtej epoki. Wyrafinowany kształt karafki jest zwieńczeniem prac, a dopełnienie formy stanowi etykieta otaczająca korek, która pokryta została osiemnastokaratowym złotem. Karafka, niczym skarb, umieszczona jest w wykonanej ze szlachetnych materiałów szkatule. My zdecydowanie rekomendujemy i polecamy Hennessy Paradis Impérial, przede wszystkim ze względu na jego doskonały – subtelny i delikatny – smak. Ale o tym oczywiście najlepiej przekonać się osobiście!

 

Autor: Adam Gładysz

Szampańska wyprawaz Moet Chandon

W Polsce pijemy szampana głównie podczas specjalnych okazji, przede wszystkim z kieliszkiem szampana celebruje się Nowy Rok, a i podczas różnego rodzaju imprez karnawałowych zazwyczaj go nie brakuje. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że szampan jest doskonałym winem nie tylko do celebracji, ale można go również pić w inny sposób i w innych okolicznościach niż do tego przywykliśmy. Przedstawiciele Moët & Chandon, postanowili zaprosić do Francji kilku polskich dziennikarzy i przekonać nas, że szampan jest także wyśmienitym towarzyszem dnia codziennego oraz posiłków jakie spożywamy. To zacne, nasycone bąbelkami, wino komponuje się z różnymi daniami, podkreślając i często uzupełniając smak potraw nawet lepiej niż klasyczne wino. Z wielkim entuzjazmem podjęłam to wyzwanie, ciekawa, czy dam się ponieść tej prawdziwie „szampańskiej” koncepcji.

Szampania powitała nas rzęsistym deszczem, który jednak nie odebrał nam humorów. Przecież to właśnie dzięki opadom – blisko 200 dni deszczowych w roku – oraz kredowej glebie świetnie utrzymującej wilgoć, winne grona rosnące w tym regionie nadają niepowtarzalny smak miejscowym winom. Wizytę rozpoczęliśmy – a jakże – od degustacji. Odbyła się ona w siedzibie Domu Szampańskiego Moët & Chandon, a gospodarzem i mistrzem ceremonii był Szef Piwnic – Benoît Gouezi. Wyjątkową szampańską ucztę rozpoczęliśmy od Moët Impérial. Ten flagowy szampan marki jest wytrawny i – jak dla mnie – delikatny. Wyróżnia się egzotycznymi owocowymi nutami, bogactwem smaku i zdecydowaną dojrzałością. W aromacie czuć egzotyczne owoce, jak brzoskwinia, śliwka, ananas oraz miód, a także kwiat limonki. Następnie próbowaliśmy Rosé Imperial. Charakteryzuje go intensywny aromat, ożywiający bukiet świeżych letnich owoców – wyraźnie wyczuwalna jest truskawka, malina i czerwona porzeczka – połączony z kwiatowymi niuansami oraz delikatną nutą pieprzową. Smak na podniebieniu jest wyrazisty i głęboki, na początku mięsisty i soczysty, a następnie mocny z subtelnym ziołowym finiszem. Po tak zacnym intro przyszła kolej na rocznikowe szampany – Grand Vintage 2002 oraz Grand Vintage Rosé 2003. Różnią się one od Impérial głównie intensywnością bukietu. Grand Vintage 2002 jest szampanem dojrzałym, harmonijnym i wyrazistym. Siedem lat leżakowania w piwnicy rozwinęło w nim dojrzałe, prażone smaki, naraz słodkie i wytrawne, z ciepłymi nutami ziaren i frangipane, prażonych migdałów oraz słodu, kawy mocha i delikatnego tytoniu. Po nich do głosu dochodzą nuty dojrzałych owoców gruszki, owoców kandyzowanych, śliwki, nektarynki i białej brzoskwini. Na podniebieniu konstrukcja jest precyzyjna, a konsystencja jedwabista. Smaki owoców stają się świeższe, wyczuwalne są mandarynka i czerwony grejpfrut. Nieśpiesznie dozowanie pozostawia zdecydowane, dokładne zakończenie, przepysznie krzepiące i odświeżające, z wyczuwalnymi nutami rabarbaru i porzeczki, a także chininy i cytrusów. Zapach jak i smak tego rocznikowego szampana długo po wypiciu pozostaje wyczuwalny. The Grand Vintage Rosé 2003 jest pełnym namiętności winem o przemyślanej intensywności. Początkowe głębokie nuty czerwonych owoców – truskawek, wiśni, jeżyn – z których wyłania się ostrzejsze ciepło gałki muszkatołowej i skóry, podkreślając dojrzałość tego wina, następnie czuć nuty czerwonego grejpfruta, czerwonej pomarańczy i chińskiej róży. Nuty czarnej porzeczki i kawy prowadzą ku energicznemu, nieco anyżkowemu i smakowicie cierpkiemu zakończeniu. Ostatnim winem smakowanym podczas degustacji był Nectar Imperial. To najśmielszy i najbardziej zaskakujący szampan marki Moët & Chandon. Dominują w nim obfite i bogate aromaty owoców tropikalnych jak ananas, mango, a także pestek owoców mirabelki i moreli, które zwieńczone są nutami słodu z ziaren oraz słodkich przypraw cynamonu i wanilii. Na podniebieniu wyczuwalne jest soczyste połączenie bogactwa smaku i elegancji, a także wyjątkowo kremowej konsystencji i owocowej świeżości grejpfruta. Wyśmienita puentą tego spotkania były słowa Chef de Cave - Benoît Gouezi, jednej z najważniejszych osób w Domu Szampańskim, odpowiedzialnej za kompozycję szampana, za produkt wychodzący z piwnic Moët & Chandon. Stwierdził on, że proces tworzenia szampana to sztuka, a nie recepta. Tu najważniejsze są odczucia, a nie proporcje, bo picie szampana to przyjemność i nie powinno się go pić "technicznie", zastanawiając się nad szczepami, rocznikiem i proporcjami poszczególnych odmian.

Jeszcze tego samego dnia czekała nas wykwintna kolacja z Hélene Feltin, Ambasador marki Moët & Chandon i Dom Perignon. Kolacja przygotowana została przez jednego z dwóch Szefów Kuchni Domu Moët & Chandon – Bernarda Dance – który pełni tę funkcję juz 27 lat! Na przystawkę zjedliśmy danie zaskakująco proste, a mianowicie risotto z owocami morza, do którego zaproponowano nam Moët Grand Vintage 2002. Następnie raczyliśmy się

przepyszną kaczką z kurkami, a do tego dania wyśmienicie pasowało, a wręcz uzupełniało smak potrawy, Grand Vintage Rosé 2002. Zwieńczeniem kolacji był smakowity deser – suflet serowy polany musem malinowym z dodatkiem mięty. Szampan Grand Vintage Rosé, którypiliśmy do deseru rewelacyjnie komponował się z tą słodka potrawą, dzięki mięcie, wyostrzającej smak deseru. Wyśmienita uczta, wyśmienita kompozycja smaków. Te słowa są moim zdaniem najlepszym podsumowaniem wieczoru!

Nazajutrz – tuż po śniadaniu i zwiedzeniu domu oraz ogrodów posiadłości Moët, w której na zaproszenie Domu Szampańskiego wypoczywają gwiazdy, takie jak Scarlett Johannson, Lenny Kravitz, Sting czy też Królowa Elżbieta – wyruszyliśmy do stolicy produkcji szampana. W Epernay mieliśmy zwiedzać piwnice Moët & Chandon oraz zjeść obiad przygotowany przez Pascala Tingaud, drugiego z Szefów Kuchni Domu Szampańskiego. Miasteczko, jakich wiele we Francji, jest bardzo zadbane i ukwiecone. Główną jego atrakcję stanowi Avenue de Champagne, czyli Szampańska Aleja, która wita majestatycznym i pomysłowo oświetlonym w nocy budynkiem ratusza po jednej stronie oraz gmachem siedziby Moët & Chandon, z bardzo często fotografowaną postacią mnicha Dom Perignon’a, po drugiej.

Zwiedzanie piwnic zaczęliśmy od zapoznania się z wymalowanym przy wejściu drzewem genealogicznym rodu. Następnie spacerowaliśmy galeriami z leżakującym szampanem. Szampana produkuje się z trzech szczepów winogron, a mianowicie ciemnych pinot noir i pinot meunier oraz białych chardonnay, w proporcjach około 1/3 z każdego szczepu. Tajemnicą powstawania szampana jest jego podwójna fermentacja i wytwarzany wyłącznie naturalnie dwutlenek węgla, a o dobrej jakości szampana świadczy rozmiar bąbelków – im mniejsze, tym lepszy szampan. Tradycyjny szampan nie ma konkretnego rocznika produkcji, gdyż pochodzi on z kompozycji win z różnych gatunków winogron i różnych winnic a w celu utrzymania stałego smaku i aromatu dodaje się win z tak zwanej rezerwy – czyli win wytworzonych w poprzednich latach. Wyjątkiem jest szampan typu vintage, produkowany tylko i wyłącznie z winogron jednego zbioru i tylko pod warunkiem, że był to wyjątkowy rok i winogrona są znakomitej jakości oraz mają duży potencjał do stworzenia niepowtarzalnego szampana. Ostatni vintage Moët & Chandon wyprodukowano w 2003 roku. Winogrona do produkcji szampana zbierane są ręcznie. Piwnice zbudowane są w naturalnej skale wapiennej, która dzięki częstym opadom chłonie wodę, utrzymując stałą wilgotność i temperaturę. Szampan Moët & Chandon dojrzewa w piwnicach minimum trzy lata, następnie usuwa się pozostałości po fermentacji. Pierwszym etapem prowadzącym do oczyszczenia szampana z osadu jest proces zwany remuage. Polega on na obracaniu butelek na specjalnych stołach, aby pozostały osad po fermentacji znalazł się w szyjce butelki pod korkiem. Proces ten jest w dużym stopniu wykonywany ręcznie i trwa około miesiąca dla danej partii butelek. Jedna osoba jest w stanie obrócić około 48 tysięcy butelek dziennie. Następnie osad zostaje usunięty w procesie riddlingu. Proces ten polega na zamrożeniu szyjki butelki, w której nagromadził sie osad. Następnie butelkę otwiera się i usuwa bryłkę lodu z osadem. Korytarze piwnic Moët & Chandon mają blisko 27 kilometrów długości, ale my podczas tego ciekawego spaceru pokonaliśmy dystans zdecydowanie krótszy.

A na górze, w salonie, już czekały na nas kieliszki wypełnione Impérialem oraz wyśmienity obiad. Bez przesady mogę powiedzieć, że homar – podany w delikatnym, nadzwyczaj aromatycznym sosie szampańskim z porów i owoców cytrusowych – był arcydziełem sztuki kulinarnej. Grand Vintage 2002 cudownie uzupełniał smak, podkreślając delikatny aromat i kruchość białego mięsa. Daniem głównym była jagnięcina w cieście francuskim z truflami, podana z musem marchwiowym z kminkiem. Kieliszki napełniono Grand Vintage Rosé 2002, które znów zaskoczyło doskonałym dopasowaniem do serwowanej potrawy. Po pysznym posiłku przyszedł czas na jabłecznik z karmelem, a deser uzupełniono kieliszkiem Moët & Chandon millésime 1999 magnum. W tym miejscu warto wspomnieć, że butelka magnum stwarza optymalne warunki do fermentacji, przy tym sama butelka oraz proces wytworzenia szampana jest droższy, stąd po szampanie magnum możemy spodziewać się jeszcze pełniejszego smaku.

Wyprawa do Szampanii była nie tylko przyjemna, jak bardzo przyjemne może być picie szampana, ale także pełna nowych doznań. Doznań, którymi z chęcią podzielę się z bliskimi, serwując to pełne wesołych bąbelków wino do wspólnych posiłków.

 

Autor: Agnieszka Kędzierska

HOLMES PLACE

Holmes Place od początku funkcjonowania hołduje zasadom, które można streścić zdaniem: „Eat well, feel well, move well”, czyli „Dobrze jeść, dobrze się czuć i dobrze się ruszać”. Dobrze się ruszać to znaczy wybierać takie formy aktywności, które przyniosą ćwiczącemu wymierną korzyść, ale też będą dostosowane do jego indywidualnych możliwości i preferencji. Dbałość o kompleksowość oferty oraz jej dopasowanie do oczekiwań klubowiczów zaowocowało wprowadzeniem w Holmes Place Premium w hotelu Hilton czterech nowych, unikalnych produktów.

Z pewnością wiele osób, które prowadzą aktywny tryb życia i uprawają różnego rodzaju sporty, zastanawia się nad wydajnością swojego treningu. Aby zdobyć odpowiedź na to pytanie wystarczy rozpocząć trening z Pulsometrem Suunto Fitness Solution, który klubowicze Holmes Place Premium mogą wypróbować nieodpłatnie przez cztery miesiące. Pulsometry monitorują i analizują trening – zespołowy lub indywidualny – co pozwala instruktorom optymalnie dostosowywać obciążenia do możliwości ćwiczącego. Po zakończeniu każdych zajęć Suunto Fitness Solution tworzy indywidualny raport dla każdego uczestnika z podsumowaniem treningu oraz wskazówkami na kolejne sesje.

Nie jest tajemnicą, że pływanie wyszczupla ciało, zwiększa wydajność organizmu i wzmacnia wszystkie partie mięśni. Aby jednak było efektywne i bezpieczne potrzeba sporo pracy nad techniką pływacką. Gdy technika wymaga korekty, to idealnym rozwiązaniem jest praca na ławce treningowej Vasa Rainer, oczywiście pod czujnym okiem instruktora Holmes Place. Jest to sprzęt treningowy używany przez mistrzów pływackich, a dzięki niemu ćwiczący może angażować te same grupy mięśniowe, co podczas tradycyjnej sesji pływackiej w basenie. Pozwala to błyskawicznie wychwycić i wyeliminować błędy, które

w sposób znaczący ograniczają postępy w treningu, a podczas pływania w basenie mogą pozostać niezauważone.

Mamy również dobrą wiadomość dla osób cierpiących na bóle stawów, które skutecznie ograniczają ich możliwości treningowe. Dzięki drabince Jacobs Ladder mogą oni bowiem bezpiecznie ćwiczyć wszystkie grupy mięśniowe! Urządzenie, które od niedawna znajduje się w Holmes Place Premium w hotelu Hilton, daje świetne efekty kondycyjne bez narażania stawów na niebezpieczne obciążenie, między innymi dzięki automatycznemu dostosowywaniu się do tempa ćwiczącego.

Klubowicze, którzy chcą poprawić wydajność organizmu i spalić kalorie podczas zajęć spinningu – ćwiczeń na rowerach stacjonarnych, w czasie których instruktor narzuca tempo jazdy poprzez odpowiednio dobraną muzykę – nie muszą się już niepokoić czy tak intensywny trening jest bezpieczny. W Holmes Place bezpieczeństwo jest priorytetem, dlatego też klub potwierdził jakość swoich zajęć spinningowych specjalnym certyfikatem Spinning®. Otrzymują go nieliczne kluby, które sprostają rygorystycznym wymaganiomspecjalistycznego Programu Spinning. Wiąże się to między innymi z prowadzeniem zajęć wyłącznie na opatentowanych rowerach Spinner. Warto w tym miejscu podkreślić, że tylko certyfikowane kluby mają prawo używać zastrzeżonego znaku towarowego Spinning®.

Holmes Place to obecnie 80 klubów oraz 250 tysięcy klubowiczów, co powoduje, że jest to jedna z największych sieci fitness i wellness na całym świecie. Centra sportowe Holmes Place oferują swoim klientom nie tylko fitness, SPA i usługi relaksacyjne, ale przede wszystkim indywidualne podejście do klienta i wyjątkową atmosferę klubu. W Polsce istnieją aktualnie trzy kluby Holmes Place, wszystkie znajdują się w Warszawie.

Klasa biznes "Affaires"

Klasa Biznes „Affaires” to wyjątkowe doświadczenie na każdym etapie podróży.

Linie lotnicze Air France oferują swoim pasażerom Klasy Biznes szeroki wachlarz udogodnień. Pasażerowie Klasy Biznes mogą skorzystać z odrębnych stanowisk odprawy, jak również zwiększyć swój limit bagażowy. Po odprawie mają do dyspozycji blisko 500 saloników biznesowych na całym świecie. Wyposażone są one w sprzęt biurowy, są tam też napoje i przekąski. W Paryżu, we współpracy z Clarins Air France, goście mają zapewniony masaż oraz zabiegi pielęgnacyjne twarzy z wykorzystaniem naturalnych kosmetyków pochodzenia roślinnego, specjalnie dostosowanych do potrzeb osób w podróży, jak również kabiny prysznicowe oraz zestawy kosmetyków i akcesoriów toaletowych.

W samolocie w Klasie Biznes na pasażerów czekają w pełni zmodernizowane fotele, o szerokości 61 centymetrów i długości – po rozłożeniu – 2 metrów, które gwarantują pełną prywatność w czasie odpoczynku i snu. Fotele wyposażone są w gniazdko do laptopa, osobistą lampkę punktową, słuchawki tłumiące hałas, duży stolik do pracy, wełniany koc, poduszkę, wodę mineralną, kosmetyczkę

z przyborami toaletowymi i akcesoriami podróżnymi, 15-calowy monitor i system audio-video „na życzenie” z 500 godzinami rozrywki.

Podczas lotu gościom oferowane jest menu kuchni francuskiej, przygotowane przez światowej sławy szefów kuchni. Propozycje kulinarne zmieniane są co dziesięć dni. Całości dopełnia lista wybornych win, starannie dobranych przez sommeliera roku 2000 – Oliviera Pussier. Jeszcze przed startem pasażerowie witani są szampanem oraz gorącym odświeżającym ręcznikiem. Następnie zapraszani są na posiłek jak we francuskiej restauracji – przystawka, danie główne, deser i sery – wszystko serwowane jest na porcelanie i obrusach z emblematem. Można oczywiście także skorzystać ze standardowej oferty posiłków ekspresowych. Na dłuższych rejsach między posiłkami oferowane są przekąski i lody. Działa też bar samoobsługowy z szerokim wyborem alkoholi, napojów i snacków.

Dodatkową korzyścią dla członków programu Flying Blue, którzy podróżują w Klasie Biznes na rejsach międzykontynentalnych, jest otrzymanie od 125% do 175% mil lotniczych.