JESTEŚ W ARCHIWUM NUMERU NR 8 / JESIEŃ '10 BUTIK MODA STYL ŻYCIA ARCHITEKTURA SZTUKA MOTO URODA

Piękna historia

Dzieje biżuterii, jak w soczewce skupiają w sobie najważniejsze wydarzenia z historii ludzkości, są wielką kroniką naszych pragnień, marzeń o luksusie i pięknie.  Bardzo sprzyjające warunki wydobywania złota w Egipcie i Mezopotamii sprawiły, że zaczęto wyrabiać z niego przedmioty i ozdoby. Początkowo zajmowano się jego obróbką na zimno, a technikę wytapiania rozwinięto dopiero w czwartym wieku przed naszą erą, po wynalezieniu specjalnej dmuchawki pozwalającej uzyskiwać temperaturę do tysiąca czterystu stopni Celsjusza.  To właśnie egipscy rzemieślnicy przekazali wiedzę o tym królewskim metalu. Jego wydobyciem zajmowali się oczywiście niewolnicy. W pierwszym tysiącleciu wprowadzono w Nubii ścisłą kontrolę wydobycia cennego kruszcu. Najwcześniejszą zachowaną biżuterią egipską jest bransoleta odnaleziona w grobowcu króla Zen z pierwszej dynastii około dwa tysiące osiemset lat przed naszą erą. Odznacza się niezwykle pięknym i prostym wykonaniem, jest ozdobiona turkusami i ametystami, bardzo charakterystycznymi dla tego okresu. Z końca siódmego wieku przed naszą erą pochodzą dwa diademy, będące ozdobą księżniczki Ehnumet. Jednym z najzdolniejszych egipskich złotników był Beni Hassan – potrafił wykuwać niezwykle delikatne ozdoby, wplatać cieniutki drucik w kamienie szlachetne oraz płytki złota. Wykonywał zdobienie, które nosi nazwę „złotego piasku”. Tę umiejętność złotnicy egipscy przekazywali przez około trzy tysiące lat, do momentu, kiedy któryś z nich zabrał tajemnicę do grobu. Dopiero odkrycie grobowca Tutenchamona w 1922 roku przez Cartera dało nam wyobrażenie o potędze i wielkości egipskiego złotnictwa.

Sztuka etruska, której złoty wiek przypadł na pierwsze tysiąclecie przed naszą erą, składała się na elementy zdobnicze w postaci lwów, sfinksów, żuków. Pierścienie wytwarzane były z pełnego złota, kolczyki wykonywano ze złotej repusowanej blaszki bogato zdobionej filigranem i malutkimi złotymi kulkami oraz łańcuszkami zakończonymi wisiorkami. Bransolety natomiast często przybierały finezyjny kształt spirali, na której widniały głowa i ogon węża, oczywiście ze złotymi łuskami.

Starożytni Grecy, w odróżnieniu od Etrusków, nie lubili bogatych zdobień – ich sztukę jubilerską cechował umiar elementów dekoracyjnych, choć wprowadzano również grawerowanie. Scytowie, zamieszkujący wybrzeże Morza Czarnego oraz dolny Dniepr, wytwarzali charakterystyczną biżuterię z wizerunkiem słońca, złote szpile i zausznice. W grobowcach używano złotych płytek osłaniających oczy i wargi zmarłych – miało to chronić przed działaniem złych sił. Sztukę scytyjską wyróżnia kompozycja o tematyce zwierzęcej, wręcz bajkowej. Scytowie znali już technikę odlewniczą, znakomicie opanowali też technikę inkrustowania, a także stosowali w biżuterii ażurowanie. Z kolei starożytny Rzym był pod dużym wpływem sztuki greckiej i etruskiej, mimo to wypracował swój własny styl.  Do tej pory podziw wzbudzają liczne kamee, zwłaszcza te, które są grawerowane w drogich kamieniach, a nie w muszlach. To właśnie Rzymianie wprowadzili sygnety-pierścienie pieczętne. Czasy średniowiecza to raczej okres wytwarzania przedmiotów liturgicznych, a nie biżuterii. Dominowały wspomniane sygnety oraz proste brosze z inskrypcjami. Oczywiście królowe i królowie na bieżąco powiększali swoje kolekcje, niezależnie od czasów. W średniowieczu powstały głównie diademy i korony, pojawiły się naszyjniki z głębinowych pereł.

Epoka renesansu była również odrodzeniem sztuki złotniczej. Włochy stały się kolebką nowej ery – Benvenuto Cellini wykonał kunsztowną solniczkę z dwiema figurami: bogiem mórz Neptunem oraz z boginią ziemi Ceres. W renesansie kamienie szlachetne miały niewielkie zastosowanie w biżuterii. Wówczas były one bardzo modnym lekarstwem. Arystokracja zażywała ogromne ilości sproszkowanych kamieni szlachetnych, z których najdroższy był oczywiście diament. Handel kamieniami szlachetnymi doskonale się rozwijał, gdyż stosowane do celów leczniczych, były towarem szczególnie pożądanym przez bogatych ludzi. Naturalnie, oprócz „zjadania” kamieni przez arystokrację, ten sam stan zaczął również nosić pełną przepychu, a zarazem elegancką biżuterię, mającą znamiona doskonałego kunsztu jubilerskiego (pojawił się szlif tablicowy między innymi diamentów, szafirów, rubinów), a nie, już w tym czasie złotniczego.

Damy dworu, w szczególności we Francji, nosiły suknie przeciążone piękną biżuterią ozdabianą emalią, perłami, diamentami i innymi kamieniami szlachetnymi. Nawet mężczyźni zaczęli nosić biżuterię, były to klipsy, tak zwane „bukle”, a jubilerzy zrzeszyli się w cech, obierając sobie za patrona świętego Eligiusza. Biżuteria z szesnastego wieku to również kunsztowne zegarki, mające nawet formę kwiatów czy krzyży. Wskazówki były tak pięknie zdobione, że stanowiły zupełnie oddzielną ozdobę. Francja rozpoczęła ekspansję zegarków do Szwajcarii, która wytwarza je do dnia dzisiejszego.

Szeroko stosowane emalierstwo powoli ustąpiło pod koniec szesnastego wieku sztuce szlifowania diamentów. Jednym z ich wielkich miłośników był Mazzarini, ich znawca i kolekcjoner – jego zbiory można obejrzeć w Luwrze. Diamenty pokochali kobiety i mężczyźni, królowe i królowie, kardynałowie oraz cała arystokracja Europy. Dlaczego? Otóż wtedy właśnie zaczęto nadawać im szlif – dopiero dzięki tej technice, ukazującej w jaki sposób odbijają światło, wydobyto z nich całe piękno. To właśnie życie, blask, rozszczepione światło w pryzmacie diamentu, tak zwany „ogień”, zachwycają i powodują, iż pragniemy ich po dzień dzisiejszy.

W 1655 roku w Indiach wydobyto ogromny diament Koh-i-noor (w tłumaczeniu Góra Światła) – nazwa doskonale oddaje jego istotę, gdyż naprawdę tak wygląda. Jest umieszczony w koronie królowej Elżbiety i przechowywany w londyńskiej zbrojowni Tower. Za czasów Ludwika XV pojawił się zupełnie nowy styl biżuterii – rokoko. Z ogromną lekkością i finezją tworzono efektowne klejnoty. Powstały kolie i diademy w kształcie girland kwiatowych i bukietów, wykonane z drogocennych kamieni, pereł i emalii. Zupełnie inną biżuterię wykonywano za czasów Ludwika XVI – to biżuteria sentymentalnych uczuć i nastrojów, charakteryzuje ją delikatność kompozycji kolorystycznej, co osiąga się między innymi przez bardzo dyskretne pokrywanie złotej oprawy diamentu otoczką szarej lub niebieskiej emalii.  Do łask wróciły kamee, które prym wiodły w renesansie – to w związku z odkryciem Pompei i Herculaneum. Wkomponowywano je w pierścienie w formie wydłużonej, otoczonej drogimi kamieniami lub emalią – tak zwane Marquises (markizy).

Czasy baroku (siedemnasty-osiemnasty wiek) kochały przepych, blichtr i dekoracyjność i taka jest też biżuteria z tego okresu. Z wielkim upodobaniem stosowano kamienie o intensywnych barwach – rubiny, szmaragdy i szafiry, których blask zwiększano podkładając pod nie folie metalowe. Formę płaskich tafli – szlifu tablicowego – zakutych w masywne oprawy, kasty, powoli wypierały kamienie opracowane jako wielopłaszczyznowe bryły – późniejsze szlify diamentowe oprawione w ażurowe koszyczki, często otoczone rzędami diamentów. Ulubionym elementem dekoracyjnym były luźno wiszące perły. W osiemnastym wieku wszystkie klejnoty stały się niezwykle delikatne, ażurowe, w większym stopniu usiane diamentami. Nastąpiło uspokojenie kolorystyczne, zarówno w doborze kamieni, jak i emalii.

Niestety czasy Rewolucji Francuskiej zahamowały rozwój sztuki jubilerskiej. Bazowały one na wcześniejszym stylu, ale biżuteria nabierała bardziej surowego charakteru. Wyprawa Francuzów do Egiptu zaowocowała pojawieniem się nowych wzorów w postaci sfinksów, skarabeuszy i obelisków. Wraz z Napoleonem wkroczył do biżuterii pompatyczny styl empire z charakterystycznymi dla niego skrzydłami. Bransoletki w kształcie serpentyn, klejnoty otoczone zmatowiałym złotem tworzyły kompozycje o niezwykle subtelnym wyrazie. Burzliwy rozwój i rozkwit biżuterii przypada oczywiście na wiek osiemnasty i dziewiętnasty. Złoto pojawiło się w wielu odcieniach, emalia w całej gamie kolorów, zaczęła być tworzona biżuteria z najbardziej szlachetnego, ale też najbardziej wymagającego metalu szlachetnego, a mianowicie z platyny. To właśnie ona jest głównie używana do oprawy diamentów i innych kamieni szlachetnych. Ale to już inna historia.

 

 

Autor: Anna Sasorska

Czas na spotkanie

 Po raz szósty już odbyło się Doroczne Spotkanie Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków, które miało miejsce dwunastego czerwca bieżącego roku w hotelu Hyatt Regency w Warszawie. Tym razem zostało ono zorganizowane nie tylko przez Stowarzyszenie KMZiZ, ale również z pomocą zaprzyjaźnionego i współpracującego z klubem portalu chronos24.pl. Jak co roku, nie zabrakło oczekiwanych przez miłośników zegarków atrakcji oraz ciekawych i znamienitych prelegentów. Na liście zaproszonych znaleźli się przedstawiciele najbardziej prestiżowych manufaktur na świecie, jak również osoby, których znaczące osiągnięcia w sztuce zegarmistrzowskiej pretendują je do miana największych zegarmistrzów obecnych czasów. Sponsorami spotkania byli między innymi Noble Bank, Mercedes, Hermitage Boutique, Grey Goose oraz Poljot Euro. Podczas kilku godzin wysłuchano prezentacji i obejrzano najnowsze modele czasomierzy wielu tak znakomitych marek, jak Officine Panerai, Jaeger-LeCoultre, Bell & Ross oraz Stowa. Można było także wymieniać opinie, zadawać pytania i prowadzić w kuluarach swobodne rozmowy na uwielbiane przez przybyłych tematy związane z zegarkami. Spotkanie rozpoczęto pokazem możliwości firm rosyjskich – Poljot i Aviator – oraz krótkim bardzo ciekawym filmem z akrobacji lotniczych „Striży” – jedynej na świecie eskadry latającej na samolotach MIG-29. Warto wspomnieć, że podczas swoich pokazów utrzymują odległość trzech metrów pomiędzy bojowymi odrzutowcami!

Niewątpliwym sukcesem organizatorów było zaproszenie dwóch wyjątkowych osobowości: Francka Mullera i Janka Deleskiewicza. Franck Muller to człowiek legenda, tworzący jedne z najbardziej skomplikowanych zegarków na świecie, które imponują nie tylko jakością, ale i ceną, osiągającą niekiedy znacznie ponad milion euro. Franck jest zdobywcą wielu prestiżowych nagród za swoje unikalne konstrukcje mechanizmów. Zwany jest też – zupełnie zasłużenie – mistrzem komplikacji. Podczas swojej prezentacji, a właściwie pasjonującej opowieści o historii swojego życia i twórczości, dał się poznać słuchaczom jako niezwykły człowiek, mający naprawdę wielki, na miarę geniuszu dar do konstruowania, wydawałoby się niemożliwych do złożenia, mechanizmów.

Druga postać o swojsko brzmiącym imieniu i nazwisku – Janek Deleskiewicz – to, mający polskie korzenie, niezwykle sympatyczny dyrektor artystyczny i kreatywny luksusowej marki Jaeger-LeCoultre, który wspólnie z managerem, odpowiedzialnym między innymi za polski rynek, Wolfgangiem Lacknerem, dokonali rzeczy niezwykłej. Zamienili prezentację marki w znakomite,

przyciągające uwagę show na temat korzeni, historii oraz teraźniejszości marki JLC, której niezwykłość, wynikająca z olbrzymiej różnorodności bardzo skomplikowanych niekiedy mechanizmów własnej konstrukcji, miesza się ze świetnym designem. Efekt w postaci rewelacyjnego balansu pomiędzy jakością i ceną możemy podziwiać również w polskich sklepach. Roman Dorn z Bell & Ross przybliżył zgromadzonym historię nawiązującego do zegarów i przyrządów kokpitów lotniczych zegarków tej marki, natomiast przedstawiciel Panerai odsłonił nieznane wszystkim kulisy początków produkcji tych, mających rzesze zagorzałych fanów, zegarków.

Historia sięga zamówień dla włoskiej armii oraz tajemnic płetwonurków–dywersantów, którzy – prowadząc akcję w mrocznych odmętach nieprzyjacielskich głębin, potrzebowali zegarka łączącego prostotę w użyciu, odporność na panujące tam ciśnienie oraz czytelność wskazań. Dzięki niełatwej i przełomowej decyzji rodziny Panerai o wprowadzeniu zegarków na rynek „cywilny”, dziś każdy może się stać posiadaczem pięknej historii zaklętej w zegarku mechanicznym rodem z Italy Navy.

Firma Stowa została pięknie przedstawiona przez jej właściciela i zarazem zegarmistrza Jorga Schauera. Pikanterii dodał fakt, iż Jorg wyprodukował w limitowanej edycji tegoroczny oficjalny zegarek klubowy, którego każdy egzemplarz był specjalnie sygnowany i numerowany. Dwie z prezentowanych firm (Panerai oraz Jaeger-LeCoultre) otrzymały z rąk prezesa KMZiZ Dariusza Chlastawy (który również prowadził spotkanie), nagrody za uzyskanie statusu ulubionej firmy członków klubu, co z jednej strony było miłym zaskoczeniem, gdyż do końca utrzymywano to w tajemnicy, a z drugiej – utwierdziło wszystkich w przekonaniu o trafnym wyborze zaproszonych manufaktur.  Po części oficjalnej przeprowadzono losowanie nagród, wśród których nie zabrakło oczywiście zegarków.

Niezwykle sympatycznym akcentem było ponowne przeprowadzenie losowania przez synka jednego z klubowiczów, który – jak w ubiegłym roku – znakomicie grał rolę „sierotki” wyciągającej ze szklanej kuli losy z nickami uczestników spotkania. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że już czekają na spotkanie w 2011 roku.

 

Autor: Dariusz Chlastawa

Sportowy szyk

Marka Chanel kojarzona jest przede wszystkim z wyszukaną elegancją, szykiem i efektownością, tymczasem okazuje się, że ma ona również inne oblicze. Dla firmy najważniejsza pozostaje pasja w działaniu i to dlatego, znany ze swojego zaangażowania sportowego i obywatelskiego, Laird Hamilton – słynny amerykański windsurfingowiec – został ambasadorem nowych modeli kultowej linii zegarków Chanel – J12 Marine Watch.

Nowe zegarki linii J12 Marine Watch zostały zaprojektowane z myślą o ludziach lubiących nurkować, jednocześnie chcących być dosłownie na czasie. Bezsprzecznie największą ich zaletą jest wodoodporność, aż do głębokości trzystu metrów, oraz – jak zwykle w przypadku marki, wyjątkowa estetyka

– pudełko wykonane jest z ceramiki w dwóch wersjach kolorystycznych – czarnej i białej. Bransoleta zegarka ma również dodatkowe gumowe taśmy z oryginalnego kauczuku.

Laird Hamilton nie krył zadowolenia z zostania ambasadorem marki Chanel, podkreślając zalety J12 Marine Watch – aby zapoznać się z jego funkcjami po prostu poddał go testom w warunkach oceanicznych.

Marka Chanel przy okazji pozyskania Hamiltona zaangażowała się również we wsparcie Surfrider Foundation, organizacji non-profit, której działalność koncentruje się wokół ochrony życia oceanicznego.

Plastic - it's not fantastic

26 lipca do portu w Sydney zawinął katamaran zbudowany z dwunastu i pół tysiąca plastikowych butelek i tym samym dobiegła końca bardzo oryginalna wyprawa oceaniczna. Jej pomysłodawcą był David Rotschild, zawodowo związany z jednym z najprężniejszych banków świata, a prywatnie zapalony działacz ekologiczny.  

Akcja miała na celu zwrócenie uwagi na problem zanieczyszczenia środowiska. Butelki, z których wykonano łódź, można poddać recyclingowi i na rozpropagowaniu tej idei najbardziej zależało Rotschildowi. Jak sam zauważa: „Mamy nałóg jednorazowego użytku i wyrzucamy plastik, który dławi ekosystem”.  

Wyprawa trwała sto trzydzieści dni i jak przyznają uczestnicy, ich tryb życia uległ znaczącej zmianie – żywili się konserwami, kąpali w morskiej wodzie, a przemierzenie piętnastu tysięcy kilometrów z dala od cywilizacji

przewartościowało ich sposób myślenia o świecie. Nazwa katamaranu zwracała uwagę na problem zanieczyszczenia środowiska, ale również stanowiła hołd dla legendarnej wyprawy Thora Heyerdahla na łodzi Kon-Tiki w 1947 roku. Jego wnuk Olav znalazł się w sześcioosobowej załodze Plastików.

By nie być gołosłownym, Rotschild postanowił ukazać światu prawdziwie ekologiczną ideę stojącą za wyprawą. I tak oto spoiwem plastikowych butelek był klej uzyskany z orzechów nerkowca i trzciny cukrowej, a katamaran został zasilony energią słoneczną. Jak podkreślał David, motorem jego działania nie była chęć rozgłosu, ale zainspirowanie ludzi sztuki i kultury do wspólnego działania na rzecz ziemi, stojącej od lat na krawędzi ekologicznej zagłady.  

Jednym z patronów wyprawy była amerykańska firma IWC Schaffhausen, która nie tylko zaopatrzyła uczestników wyprawy w zegarki, ale tym samym potwierdziła swój status firmy troszczącej się o środowisko naturalne.